czwartek, 24 marca 2016

Kim zostać?

Uwielbiam wszystko, co jest związane z tworzeniem różnych rzeczy. Obojętnie czy są to rysunki, wyszydełkowane obrazy, czy kartki świąteczne. Jest to niezwykle ważny aspekt mojego życia, dzięki któremu mogę się odprężyć, zebrać myśli. Lubię to robić. Mogłabym zajmować się tym profesjonalnie. Jak na razie wybieram się na kierunek, gdzie moje umiejętności na pewno się przydadzą. Chociaż nie ukrywam, że studiowanie kierunków stricte związanych ze sztuką lub literaturą mnie interesuje, jednak gorzej to wygląda, gdy przychodzi co do czego i trzeba zacząć pracować, a jak wiadomo ciężko jest znaleźć coś związanego z artystycznym kierunkiem. 

Długo to trwało zanim ostatecznie zdecydowałam się, czemu w przyszłości chcę się poświecić. Szkoła niestety nie jest instytucją, która pomaga podjąć takie decyzje. Nawet po jakiś śmiesznych, grupowych zajęciach z doradztwa zawodowego nie potrafiłam jednoznacznie stwierdzić, kim chcę zostać w przyszłości. Jednakże na wszystko przychodzi w końcu czas. Trafiłam na swojej drodze na osobę, nauczyciela z resztą, który nie skupił się na moich planach, a chciał ze mną porozmawiać, urozmaicał zajęcia przeróżnymi zadaniami, a sam zapisywał obserwacje. Po jakimś czasie dostałam pierwszy zawód, o którym miałam poczytać i odnieść się do niego. Niestety to nie było to, aczkolwiek zostało przedyskutowane i uargumentowane dlaczego nie. Po dwóch miesiącach spotkać dwa razy w tygodniu dostałam jasne wskazówki, które miałam przemyśleć. Jako że był to również czas składania podań na studia do Anglii, musiałam w końcu stawić czoła mojemu niezdecydowaniu w tej kwestii.


Architektura wnętrz - to kierunek, który jak na razie wybrałam. Aplikowałam na studia z rokiem zerowym, dzięki któremu będę mogła oswoić się z językiem oraz przygotować się do dalszej edukacji. W związku z tym, że nie mam przygotowanego portfolio, nie mogłam obejść się bez właśnie takiego wyjścia. Nie traktuję tego jako zmarnowanego roku, wręcz przeciwnie. Będę miała wystarczającą ilość czasu, aby oszlifować język i zaaklimatyzować się. W tym miejscu chciałabym zaznaczyć również, że w Polsce po zakończeniu klasy biologiczno-chemicznej nie mam możliwości nawet starać się o przyjęcie na jakąkolwiek politechnikę - są one na mnie zamknięte. Anglia daje mi możliwość rozwoju pójścia tą drogą. Nie ogranicza. Tam nie liczy się to, co się zdaje na maturze - tam liczy się to jakim jest się człowiekiem, co się osiągnęło i jak przedmioty rozszerzone wpłynęły na własnie taki wybór.




O.

piątek, 18 marca 2016

Wszystko się może zdarzyć.

Piszę dopiero dzisiaj, gdyż we wtorek bardzo późno wróciłam do domu, a poza tym musiałam ochłonąć po ogromnej niespodziance. Ale zacznę od początku.

Jakiś czas temu razem z dwoma dziewczynami ze szkoły brałyśmy udział w Olimpiadzie Kreatywności. Nie jest to konkurs uznawany przez uczelnie tak bardzo jak olimpiady przedmiotowe. Mimo to chciałyśmy wziąć udział. Przechodząc do eliminacji okręgowych dowiedziałyśmy się, że laureaci będą reprezentować Polskę na etapie międzynarodowym w Toronto w Kanadzie. To brzmiało naprawdę niesamowicie. Wszystko potoczyło się na naszą korzyść i udało nam się zakwalifikować do eliminacji III stopnia – centralnych. Była to ogromna niespodzianka, bo jednak tytuł finalisty nie chodzi piechotą. Na co dzień żadna z Nas nie ma za dużo czasu, aby oddawać się swoim pasjom, a jednak mogłyśmy wykazać się artystycznie właśnie w tym konkursie. Tam liczy się przede wszystkim pomysł i kreatywne podejście do trzech zadań.

Jadąc we wtorkowy poranek nie byłyśmy nastawione na nic wielkiego. Dla Naszej drużyny liczyło się przeżycie ciekawej przygody. Po przyjeździe do Poznania, wylosowałyśmy stół numer 4. Wraz z nami na ogromnej sali było pięćdziesiąt zespołów z całej Polski. Najpierw czekały Nas wykłady, które miały naprowadzić uczestników na odpowiednie tory. Później przeszliśmy do rywalizacji.

Dziewięćdziesiąt minut. Trzy zadania. Trzy dziewiętnastolatki. Miałyśmy ręce pełne roboty. Jednakże każda na kartkach zostawiła cząstkę siebie, swojej wrażliwości i przede wszystkim kreatywności. Byłyśmy zadowolone z Naszych dzieł. Jeśli chodzi o wykonanie postawiłyśmy na prostotę tj. ołówki, długopisy, kredki. Bycie kreatywnym nie polega na używaniu jak najbardziej wymyślnych materiałów. Liczy się pomysł.

Do gali i ogłoszenia wyników miałyśmy naprawdę sporo czas. Te pięć godzin postanowiłyśmy spędzić na zwiedzaniu Poznania. Knajpek, kawiarni a także Starego Browaru. Nie mogłyśmy się doczekać, nie ukrywam, że cały czas chodziło mi to po głowie.


Gdy wybiła godzina osiemnasta, siedziałyśmy już z niecierpliwością w sali i czekałyśmy na ostateczne wyniki. Najpierw tytuły finalisty z wyróżnieniem, następnie przyszła kolej na laureatów i.. usłyszałyśmy numer 4 – czyli Nasz stół. Nie mogłyśmy w to uwierzyć, a pierwszą myślą było to, że jedziemy do TORONTO! W najśmielszych snach nie przepuściłabym, że zostaniemy dostrzeżone na tle wszystkich uczestników. Jasne, myślałam, że jakby było super dostać okazję reprezentowania Polski i zwiedzenia odległego kontynentu. Jednak nie mogłam w to uwierzyć, odbierając zaświadczenie laureata ogólnopolskiego i finalisty międzynarodowego, że to się dzieje naprawdę! 


Jeszcze kilka dni wcześniej rozmawiałam w szkole, że nie mamy żadnych szans. Chyba powinnam bardziej uwierzyć w siebie. Myślę, że dla naszej wymarzonej drużyny była to ogromna niespodzianka. Pewnie nawet nie byłyśmy świadome tego, jakie artystyczne a zarazem kreatywne dusze posiadamy. 
Teraz tylko pozostaje Nam czekać na wrześniowy wyjazd.


O.

czwartek, 10 marca 2016

Skarbnica.

Przepraszam bardzo za mój mały poślizg z wstawieniem posta. Ostatnio tyle się dzieje, że nawet nie nadążam za dniami tygodnia. O przeczytaniu jakiejkolwiek ciekawej książki w ogóle nie ma mowy – chyba, że jest to podręcznik od biologii.

W ramach oderwania myśli i powrotu do przeszłości, postanowiłam, że w każdy szósty dzień tygodnia zabiorę się za sprzątniecie miejsc, do których dawno nie zaglądałam. W ostatnią sobotę za cel obrałam pojemnik pod łóżkiem. Od jakiegoś czasu intrygowało mnie bardzo, co tam się znajduje, gdyż nie pamiętam, kiedy tam zaglądałam. O się okazało? Trafiłam na masę zeszytów, których czas użyteczności był trzy, cztery a nawet dwanaście lat temu. Zbierałam je od 1 klasy podstawówki – po co? Dobre pytanie. No przecież zawsze mogą się przydać. Cóż, jednak tak się nie stało, a zajmowały sporo miejsca. Nie zmarnowały się, zostały oddane na makulaturę. Jedyne, co zostawiłam to dwa cieniutkie zeszyciki z pierwszej klasy - na pamiątkę. Schowałam je do mojej magicznej Skrzyni, w której składam rzeczy, z którymi byłam czy jestem związana. 

Myślę, że taki kufer za kilka lat będzie niesamowitą skarbnicą mojego życia, tego co było i jest ważne dla mnie, tego co działo się w moim życiu. Jak na razie go nie przeglądam - dokładam kolejne rzeczy. I co takiego w nim jest? Na pewno dzienniki z poprzednich lat. Pamiętniki z czasów, kiedy dopiero nauczyłam się pisać. Wycinki z gazet, a nawet całą brytyjską gazetę z dnia urodzin księżniczki Charlotte. Jednakże to, co wydaje mi się tam najcenniejsze to niewielkie różowe pudełeczko, które dostałam od Mamy na osiemnaste urodziny. A w nim wszystkie zdjęcia USG z czasów, kiedy Mama była ze mną w ciąży, karta ze szpitala, opaska imienna na rękę, a także pierwszy smoczek czy mleczne zęby, które miały być w posiadaniu wróżki Zębuszki. 

To już jest dla mnie niesamowite uczucie, wiedzieć, że tam zostawiam cząstkę siebie z poszczególnych okresów mojego życia. Może i jestem zbyt sentymentalna, ale aktualnie nie wyobrażam sobie tego, żeby nie zbierać z pozoru błahych przedmiotów, na które, kiedyś (teraz w sumie też) pewnie będę patrzyła z ogromnym zachwytem, że je zachowałam.

O.

wtorek, 1 marca 2016

Zwolnij i doceń.


Marzec. Do matury zostały praktycznie dwa miesiąc. Jakoś jak na razie nie przejmuję się tym, że Mickiewicz nie jest do końca opanowany, a hormony roślin nie są utrwalone.

Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że pod koniec maja będę musiała rozstać się ze swoimi przyjaciółmi - już nigdy nie będziemy w takim gronie, jakim jesteśmy teraz. Jasne, mam nadzieję, że będziemy się spotykać, ale to już będzie coś innego. Rozjedziemy się po całej Polsce, ale i po świecie. Jakoś mi w związku z tym przykro. Spędziłam z niektórymi nie tylko licealne lata, ale i te gimnazjalne. Wiem, iż na swojej drodze  poznamy wiele nowych osób, ale czy nie zapomnimy o tych "starych" przyjaciołach?

Zamiast zająć się intensywnymi przygotowaniami do egzaminów, planujemy wspólne wyjazdy. Wiem, że nie jest to teraz najważniejsze, ale jednak gdzieś we mnie to siedzi, że po maturach nie wiadomo, kiedy zobaczymy się w "Naszym" gronie. Jeden dzień bez szkoły nas nie zbawi, a może zapewnić niezapomniane, wspólnie spędzone przeżycia. Więc czy warto w natłoku pracy zwolnić i poświęcić czas sobie i bratnim duszom? Oczywiście, że warto! Bo mało kto będzie tak ważny, jak Nasi zdziadziali Towarzysze! 


O.