wtorek, 6 września 2016

Nibylandia istnieje.

Po trzech miesiącach obcowania z azjatycką kulturą, nareszcie nadszedł nieprzyjemny acz wyczekiwany moment kolejnej przeprowadzki. Nie była ona ani łatwa ani przyjemna, przywodziła na myśl syzyfową pracę. Po godzinach pracy, kartonów nie ubywało a brak samochodu dawał się we znaki. Z małym poślizgiem kilku godzin daliśmy radę. Było warto!

Przechodząc obok budynku czuję się jak w duńskim Grand Hotel. Przy ogromnych drzwiach wejściowych brakuje tylko odźwiernego. Przemierzane korytarze nie rozczarowują, a wręcz pobudzają wyobraźnie. Wystrój nakłania do przywdziania sukni balowej. Jak na prawdziwy hotel przystało, odnaleźć można windę, która w kilka chwil przenosi Nas na ostatnie piętro tego wspaniałego budynku. Do miejsca, gdzie znajduje się nasz upragniony penthouse. Długi hol a na jego końcu po prawej stronie - idealny apartament. Nasze dwadzieścia trzy metry kwadratowe, są zaprojektowane tak, że niczego nam nie brakuje. Mamy tu wszystko, co potrzebne parze studentów. Od własnego aneksu kuchennego, czystego barku śniadaniowego, poprzez dwie pojemne szafy, podwójne biurko oraz dużą tablicę na istotne rzeczy nad nim. Nie zabrakło wygodnego łóżka i ogromnej ilości miejsca na ukochane książki oraz wygodnego fotela, aby w nim czytać. W wolnych chwilach możemy pooglądać "co w angielskiej trawie piszczy" dzięki temu, że na ścianie wisi telewizor. Nie zapominając o dużej i osobistej łazience, która pomieści wszystkie kosmetyki, ale także zapachowe świeczki. Czego więcej chcieć? A tak zapomniałam, idealnego widoku z okna, który również mamy z piątego piętra. To miejsce jest tak wspaniałe, że aż ciężko opisać jego doskonałość.


Mam nadzieję, że Wy, drodzy studenci, którzy zaczynacie swoją nową przygodę, znajdziecie swoją własną Nibylandię.

O.

sobota, 27 sierpnia 2016

By studenckiej tradycji stało się zadość!

Już za dwadzieścia trzy dni przyjdzie mi rozpocząć rok akademicki. Aż dwa tygodnie wcześniej niż moi rówieśnicy na polskich uczelniach. W związku z powyższym na powitanie ze zgromadzenia studenckiego dostałam trzydziesto stronicowy przewodnik. Po czym? Po społecznościach, klubach sportowych i imprezach. Zaraz, zaraz. Po imprezach? Tak! Od 5 do 21 września, codziennie  są organizowane przynajmniej po dwa eventy. Obok każdego nie zabrakło krótkiego opisu, godziny oraz informacji czy jest to wydarzenie z akompaniamentem alkoholu czy też nie.
Gdy to pierwszy raz zobaczyłam byłam trochę skonfundowana. Przede wszystkim dlatego, że nie ma pojęcia jak można przez 17 dni bez przerwy imprezować? Wiem, że nie wszyscy będą na nie uczęszczali codziennie, ale mogę się założyć, że znajdą się imprezowe bestie, które nie opuszczą ani jednej zabawy. A co ze mną? Osobiście nie czuję się dobrze "na baletach", więc w tym czasie wracam do Polski. Na moje małe wakacje. Myślę, że ten czas dobrze mi zrobi przed rozpoczęciem studiów. W związku z tym nie mam dużego pola do wyboru spośród tych przedstawionych w ulotce. Jednak zdążyłam się na kilka z nich zdecydować, a mianowicie: wieczorno-nocne spotkanie w studenckim barze na moim kampusie z muzyką i drinkami, Piżama Party z prawdziwego zdarzenia, charytatywny bieg z kolorowym pudrem, wieczór z quizami, Harry Potter party, popołudnie z ciastem i ręcznym tworzeniem rzeczy oraz wieczór filmowy. Naprawdę nie mogę się tego wszystkiego doczekać. Z dnia na dzień przybywa mi entuzjazmu! w związku z wyjazdem jest też kilka przyjęć, na których być nie mogę, ale cóż, nie można mieć w życiu wszystkiego czego chcemy. Ale zawsze możemy czerpać radość z tego co mamy, kim jesteśmy i jakie mamy priorytety!

wtorek, 23 sierpnia 2016

Długoterminowa inwestycja.


Będąc studentem w Anglii, otrzymujemy nieskończoną ilość przywilejów. Zdziwiłam się, że są oni tutaj niesamowicie ważną grupą społeczną. Do jakiegokolwiek sklepu się nie wejdzie, dostajemy rabaty. Bywają nawet miejsca, gdzie darmowe pączki. I to tutaj naprawdę genialnie funkcjonuje. Jako że nie posiadam jeszcze karty studenckiej z mojego uniwersytetu, byłam rozczarowana tym, że nie mogę korzystać ze zniżki na bilety autobusowe. Jeżdżę codziennie do pracy więc jest mi ona niezbędna. Odnalazłam w internecie kartę NUS. Wydaje ją organizacja studencka, która współpracuje ze znanymi markami i zapewnia nam kolejne zniżki. Tak, jest ich jeszcze więcej. I to właśnie dzięki niej rozwiązałam problem z transportem. Ale to nie wszystko. Aktualnie przy zakupie powyższego plastiku otrzymujemy na odwrocie międzynarodową legitymację studencką ISIC, która daje nam możliwość ulgi na obszarze międzynarodowym, co jest równe z jeszcze większą ilością upustów. Nie są one jednak bezpłatne. W związku z łączoną promocją za obie karty zapłaciłam tylko 12 funtów (ważność 12 miesięcy), co zwróciło mi się od razu po zakupie przejazdówki. Nie wspominając o tym ile można zaoszczędzić na ubraniach, elektronice, jedzeniu czy podróżach.

Będąc międzynarodowym studentem naprawdę warto zainwestować w taki mały prostokąt i nosić go zawsze przy sobie w portfelu.

O.

wtorek, 16 sierpnia 2016

List z mojego Hogwartu.

"Tam jest lista wszystkiego, co Ci będzie potrzebne. Harry rozłożył drugi arkusz papieru, którego uprzednio nie zauważył i przeczytał:[...] 

     różdżka;
     kociołek;
     zestaw szklanych lub kryształowych fiolek;
     teleskop;
     miedziana waga z odważnikami.

Studenci mogą także mieć jedną sowę albo jednego kota, albo jedną ropuchę..."



Wczoraj odnalazłam w skrzynce pocztę. Internetowy list. Gdy zobaczyłam, że jest z uczelni, bardzo się ucieszyłam, ponieważ wszystko, co przychodzi stamtąd jest dla mnie wyczekiwane niczym korespondencja z Hogwartu, na którą nadal niektórzy czekają.
Po otworzeniu okazało się, że znajduje się tam wiele ważnych, jak nie najważniejszych informacji odnośnie rozpoczęcia nowej przygody. Na pierwszym miejscu była lista kierunków, z którymi będę miała zajęcia na roku zerowym. Dopiero po 12 miesiącach rozejdziemy się na wybrane studia. Następnie kilka instrukcji dotyczących rejestracji. Najmilszym zaskoczeniem było to, że została tam dołączona krótka notka od osoby, która ma pod opieką cały rok zerowy. Co zawierała? Gratulacje, zapewnienie, że wydział jest pełny rozentuzjazmowanych wykładowców oraz informacje odnośnie specjalnych zajęć zapoznawczych i zapewnieni, że wszyscy już na Nas czekają. Bardzo sympatyczny gest. Poniżej wieść, iż plan będzie dostępny na 12 dni przed rozpoczęciem roku, czyli 7 września. Oczywiście nie mogę się doczekać, aż go poznam! Ku memu zdziwieniu, poniżej ukazała się moim oczom lista zawierająca aż 21 pozycji, z rzeczami, które musimy nabyć. Jesteśmy zobowiązani, aby zaopatrzyć w przedmioty do rysowania, szkicowania oraz modelowania 3D. Niesamowicie się cieszę, że spędzę rok na nauce tych umiejętności. Jak dla mnie - sama przyjemność! Na ostatniej stronie został umieszczony tytuł książki, którą warto przeczytać przed rozpoczęciem roku i dlaczego. Od razu pobiegłam po nią do biblioteki. Przy okazji rozruszam się z "profesjonalnym" słownictwem i nazewnictwem. Ciekawym załącznikiem do całego listu było wytłumaczenie jak trafić do poszczególnej sali, mając w zanadrzu tylko jej dziwną numerację. Nie zabrakło skróconej wersji kalendarz roku akademickiego. Z niecierpliwością wyczekuję września jak nigdy dotąd! 


O.

środa, 3 sierpnia 2016

Angielskie zakończenie studiów.

Wybaczcie, że trochę mnie tu nie było (nie tak trochę, bo prawie cały miesiąc). Zrobiłam sobie najzwyklej w świecie wakacje. Nie wiem czy powinnam robić aż tak długą przerwę, ale stało się. Tymczasem jestem z powrotem.


Co wydarzyło się od 10 lipca? Ano uczestniczyłam w uroczystości ukończenia studiów mojego Lubego. Zostałam na nią zaproszona więc grzechem i wielkim nietaktem byłoby nie iść. Tym bardziej, że było to niezwykłe przeżycie. Chyba nie można sobie wymarzyć lepszego zwieńczenia swojej kilkuletniej nauki.


Ceremonia rozpoczynała się o godzinie 10.00 w Katedrze Bristolskiej, ale trzeba było być jak to zwykle bywa, trochę wcześniej. Przede wszystkim po to, aby zrobić pamiątkowe zdjęcia, a następnie znaleźć swoje miejsce, bo były numerowane, a każdy uczestnik wcześniej dostawał swój bilet.  Po zajęciu miejsc, rozbrzmiała muzyka klasyczna, a środkiem zaczęli przechodzić wykładowcy w osobliwych strojach Swoją drogą nie wiem, czy profesorowie na polskich uczelniach, zgodziliby się przyodziać w takie szaty i berety. Tutaj to jednak tradycja. Po wygłoszeniu przemówień, przyszedł czas na rozdanie dyplomów - tak chciałoby się powiedzieć czy napisać, ale jednak tak nie było. Świadectwa ukończenia studiów dostaje się... pocztą! Jednak w czasie uroczystości, nie zabrakło wychodzenia pojedynczo do osoby (kogoś w rodzaju dziekana) i podawaniu mu rąk złożonych jak do pacierza, aby zostały objęte przez jego dłonie. Bardzo mnie to zaintrygowało i zrobiłam poszukiwania w internecie, jednak nie znalazłam niczego na temat tego gestu. Tradycyjnego zapewne.

Po wyczytaniu wszystkich i ich powrocie na miejsca, wykładowcy zaczęli zbliżać się do wyjścia, za nimi absolwenci, a następnie wszyscy zebrani goście. Kiedy przechodziło się przez ogromne drzwi katedry, trafiało się do klimatyzowanego, dużego namiotu, a tam na wszystkich czekał szampan i drobny poczęstunek. Było to czas na gratulacje, rozmowy z rodziną i przyjaciółmi, wykładowcami, wspólne zdjęcia na tle uniwersyteckiej ścianki. No i oczywiście nie obyłoby się bez stoisk z gadżetami uniwersytetu. Następnie chwila i kilka zdjęć na równo skoszonej trawie, na świeżym powietrzu i w końcu można zamknąć a zarazem rozpocząć kolejny rozdział swojego życia. 


O.


niedziela, 10 lipca 2016

Wiewiórkowy zawrót głowy.

Zawsze lubiłam naturę. Od małego otaczałam się nią w każdy możliwy sposób. A to przynosiłam do domu kwiaty, które sama zerwałam na łące. Niesamowite były dla mnie dni, które mogłam spędzić na pobliskiej wsi, wśród roślin i zwierząt na farmie. Tak mi to już zostało, że czuję się naprawdę świetnie, kiedy mogę przebywać otoczona fauną i florą. Nawet w liceum, gdy przyszło mi wybierać przedmioty rozszerzone wybrałam biologię, choć jak się później okazało niepotrzebnie. Mimo to nie żałuję tych wszystkich godzin, dni, miesięcy, tych dwa lat, kiedy to zagłębiałam się w tajniki przyrodniczego świata.

Jak już wcześniej pisałam, Bristol jest niesamowitym miastem pod względem różnorodności biologicznej organizmów. Znajduje się tutaj również wiele parków, w których tętni życie. Kilka dni temu, w porze lunchu, zrobiliśmy małą wyprawę do jednego z nich. Pół mili pod górkę i byliśmy na miejscu. Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy to widok z tego miejsca.


Jako, że było wczesne popołudnie, zabraliśmy ze sobą pokrojone marchewki, fistaszki w skorupkach oraz drożdżówki. Wspaniale jest przekąsić coś w takim miejscu. Gdy znaleźliśmy ławkę w pośród drzew, zajęliśmy ją. Chwilę później dostrzegliśmy, iż mamy towarzystwo w postaci gołębi. Po dłuższych obserwacjach, stwierdziliśmy, że gołębie to szczury nieba.. Zebrało się ich tyle, że moglibyśmy spokojnie nadać sobie miano władcy tych ptaszyn. Nie minęło pół godziny, a obok nas zaczęły pojawiać się wiewiórki. Jedna po drugiej. Wychylały się z zainteresowaniem zza pni drzew, Podchodziły bliżej. Jako, że mieliśmy całą paczkę orzeszków ziemnych, grzechem byłoby nie podzielenie się nimi z tak uroczymi, szarymi gryzoniami. Dlaczego nie rudymi? W Wielkiej Brytanii występuje głównie odmiana wiewiórki szarej. Faktycznie, już na pierwszy rzut oka, różnią się one od tych polskich. Wracając do głównego wątku - częstowanie ich byłoby niezmiernie przyjemne. Za każdym razem, kiedy ich łakomstwo przezwyciężało i podchodziły na tyle blisko, aby zabrać pokarm, jedną łapką łapały za mój palec. Uciekały na drzewo, a następnie schodziły po więcej. Zanim się spostrzegliśmy, nie wiadomo skąd pojawiła się ich cała gromada! 


Ten park zdecydowanie został moim ulubionym! Nie tylko ze względu na zwierzęta. Również dlatego, że rosną tam niesamowicie piękne okazy dzikich kwiatów. Jest tam cisza i spokój, czasami ktoś przechadza się ze swoim czworonogiem. Idealny obszar do odpoczynku. Następnym razem koniecznie trzeba zorganizować tam piknik!


O.

środa, 6 lipca 2016

"Hura, hura matura!"

Wczoraj był ten dzień, od którego zależy naprawdę wiele w życiu tegorocznych maturzystów. Upragnione i wyczekiwane wyniki z matur. Jako że pewnie jak wiele innych osób, nie mogłam się doczekać moich rezultatów, dzielnie wyczekiwałam godziny udostępnienia ich na stronie Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej. I tu w najmniej spodziewanym momencie ukazał się link przenoszący mnie do tej ogromnej tajemnicy. I.. pierwsze wrażenie: czemu to jest podane w punktach?! Ile ich było do zdobycia za poszczególny arkusz? Zjeżdżam niżej, cała tabelka z procentami, chwila zawahania i.. już wszystko jasne! Każdy przedmiot zdany i to jak świetnie! Od razu sprawdzam rozszerzony angielski i oddycham z ulgą. To on zaprzątał mi przez cały okres wyczekiwania głowę. Jak widać  - niepotrzebnie. 

Nie wierzę, że oficjalnie zakończyłam już obowiązkową naukę. Jak sobie pomyślę, to było tyle lat.. Tyle nerwów, nauki, wiedzy, sprawdzianów, egzaminów. To już za mną. Rozpoczynam całkiem nowy etap w moim życiu. Będę pisała nowy rozdział. Zapowiada się obiecująco. Nie wybiegam jednak za daleko w przyszłość, bo jak wiadomo życie lubi pisać różne scenariusze.

Jestem naprawdę szczęśliwa, że egzamin dojrzałości poszedł mi tak, jak chciałam. Spełniłam wszystkie wymagania, aby studiować na mojej wymarzonej, brytyjskiej uczelni. Teraz tylko czekam na formalne potwierdzenie, że zostałam przyjęta. 

O.


sobota, 2 lipca 2016

Nowy towarzysz na najbliższy czas.

Czym jest szczęście? Dla każdego to będzie coś innego. Jest czymś ciężko uchwytnym, splotem pomyślnych okoliczności. Ale czy możemy codziennie to odczuwać?  Czy jest coś, co może pomóc nam czerpać radość z każdego nadchodzącego dnia? Oczywiście!

Wraz z początkiem lipca rozpoczął się sezon na kalendarze 2016/2017. Jak powszechnie wiadomo mój pedantyzm i zorganizowanie wymaga posiadania terminarza. Jest to dla mnie jeden z ważniejszy zakupów w ciągu roku. Na ten czas postanowiłam obdarować się najlepszym plannerem, jaki kiedykolwiek miałam okazję mieć!

Zdjęcie ze strony producenta
Przybył do mnie w miętowym kartoniku, szczelnie zapakowany. Gdy zdjęłam pokrywę moim oczom ukazały się złożone na pół karty A4 z nagłówkami typu "zmień swoje nawyki w 30 dni", "moje cele" itp. Następną warstwę stanowił już planner. Jest on ślicznie wykończony na rogach, aby nie niszczyły się one podczas podróży w torebce. To, co rzuca się w oczy to zdecydowanie jego grubość. Nie należy do tych najcieńszych. Wygląda naprawdę solidnie. A co z treścią? Już od pierwszych stron widać, że mamy do czynienia z notesem, który będzie pomagał nam czerpać radość z każdego dnia. Na początku robimy rachunek sumienia i odpowiadamy na kilka pytań np. "Co sprawia, że jesteś szczęśliwy/a?" Po kilku stronach na refleksje, przechodzimy do głównej części. Miesiąc zaczyna się od zestawienia wszystkich dni. Wypełniamy krótką tabelkę jak czujemy się na początku nowej części roku. Następnie każdy dzień umieszczony jest na osobnej stronie. Oprócz daty, widnieje tam również cytat, a także główny cel, posiłki, plan dnia, rzeczy do zrobienia czy miejsce na dobre rzeczy, które zdarzyły się dzisiaj oraz notes na własne, mniej lub bardziej ważne notatki. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem jeśli chodzi o jego wygląd, układ stron i treść. Świetnie, że w najbliższym czasie to właśnie on stanie się moim towarzyszem przez, miejmy nadzieję, szczęśliwe dni, miesiące.

O.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Podsumowanie pierwszego miesiąca.

Nie wiem kiedy to zleciało, ale w środę minął miesiąc od czasu kiedy przeprowadziłam się do Bristolu. Szczerze? Jestem zakochana po uszy w tym mieście! Nie zniechęca mnie do niego nawet angielski deszcz. Dużo wydarzyło się przez ten czas. Poznałam świetnych ludzi, znalazłam pracę. Zmieniło się tyle rzeczy, ale jestem tu szczęśliwa. Nie da się ukryć, że tęsknię za bliskimi osobami i byłoby jeszcze lepiej, gdyby byli tu ze mną, ale wiadomo jak wygląda życie.
Co mnie tak urzekło?

Ludzie.
Tak, zdecydowanie! Nie ważne czy jest to rodowity Anglik, Włoch, Hiszpan czy Chińczyk. Wszyscy są przesympatyczni. Na dworze, w sklepie, w pracy. Zawsze uśmiechnięci, chętni do pomocy. To co dajesz - wraca do Ciebie. Więc i ja dałam się wciągnąć w ten niesamowity wir. Codziennie chodzę w znacznie lepszym humorze i nie narzekam, bo po prostu nie ma na co. Samo to, że gdy kończę pracę i wychodzę to słyszę "dziękuję", mimo że nie robię tego za darmo to i tak zostaje to docenione. Nie zliczę ile razy w ciągu kilku godzin słyszę "Wszystko w porządku?". Jest to naprawdę miłe i potrafi sprawić, że mój pozytywny nastrój zdecydowanie wzrasta.

Nawet odbicie w oknie potrafi zaskoczyć.
Spokój.
Tutaj wszyscy mają na wszystko czas i są kompletnie wyluzowani. Ktoś się spóźnia do pracy? Spokojnie, nic się przecież nie stało. Jeśli to kilka minut to nikogo nawet nie interesuje dlaczego. Konto w banku do założenia? Nie zrobimy tego dzisiaj, umówmy się za trzy dni. Autobusy rzadko kiedy jeżdżą według rozkładu. Nikt na nikogo nie krzyczy, nie denerwuje się. Da się? Da się.

Zero stresu. 
Mogłam to podciągnąć pod spokój, ale tutaj chciałabym napisać o czymś innym, a mianowicie o tym, że pracując gdziekolwiek, każdy musi mieć zapewnione to, aby działać w bezstresowej atmosferze. Nie ma opcji, aby wypełniać swoje obowiązki w niesprzyjającej otoczeniu. Gdy jednak się tak dzieje, wystarczy iść do lekarza rodzinnego, a wtedy otrzymujemy urlop. Dobre środowisko pracy sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi. 


Środowisko.
Bristol to naprawdę piękne, górzyste miasto. Jest tutaj wiele parków i miejsc, gdzie można spędzić czas. Nie ma przeszkód, aby wziąć koc i usiąść dosłownie wszędzie, nie martwiąc się, że spoczniemy na to, na co byśmy nie chcieli. Wszyscy tu sprzątają po swoich czworonogach. Jest wiele zabytków, świetnych obszarów, które można pozwiedzać. Znajdziemy tu rzeczywiście wiele rzeczy do zrobienia. Praktycznie codziennie coś się tu dzieje. Nie da się nudzić.

Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem tego miejsca, sposobu życia i wszystkiego innego, co się aktualnie wokół mnie dzieje.


O.

sobota, 18 czerwca 2016

Dzień otwarty.

Dzisiaj na uniwersytecie, na który składałam papiery, został zorganizowany dzień otwarty dla wszystkich zainteresowanych. Na wstępie muszę stwierdzić, że nie byłam stu procentowo przekonana do niego. Przerażała mnie sama wielkość jednego kampusu, to jak można się tam poruszać i nie zgubić przy tym. Dzisiaj moje mniemanie o tym miejscu zmieniło się o 180 stopni.


Po pracy wyruszyłam w stronę głównej stacji kolejowej, ponieważ stamtąd odjeżdżały bezpłatne autobusy i nie zatrzymywały się na żadnych przystankach po drodze, więc można było szybko dotrzeć. Po przyjeździe, dzięki mapce oraz studentom, dotarłam bez problemu do miejsca rejestracji. Następnie z pomocą chińczyka, udałam się na wykład dotyczący mojego kierunku tj. architektury wnętrz. Prowadził go główny wykładowca i szef tejże katedry. Pierwsze, co mnie zdziwiło to to, że bardzo wyraźnie mówił. Oczywiście nie zrozumiałam wszystkiego w stu procentach, bo do tego potrzeba czasu. Dowiedziałam się tylu niesamowitych rzeczy dotyczących przyszłego kierunku! Byłam w szoku, jak fantastyczne metody nauki są wdrażane oraz jak to wszystko wygląda od całkiem innej strony niż w Polsce. Później zostaliśmy zabrani oraz zostały nam pokazane projekty innych studentów. Wszystko niesamowicie urozmaicone o modele, rysunki, konstrukcje. Wymarzone miejsce. Mając jeszcze czas na zwiedzenie udałam się obejrzeć prace dyplomowe osób z kierunku creative product design. Ludzie mają niesamowitą wyobraźnię! W związku z tym, że aplikowałam na rok zerowy będę miała dodatkowe 12 miesięcy na podjęcie decyzji, co chcę robić w przyszłości, ale skupię się przy tym na dziale związanym z architekturą w różnych aspektach. Miałam ogromną przyjemność poznać pana, który wykłada rysunek i kreślarstwo na roku zerowym. Przesympatyczna osoba, która przekonywała, że na pewno spotkamy się we wrześniu. Kolejną intrygującą postacią była kobieta, która na zakończenie pogawędki dodała, że "studenci po roku zerowym są świetni!". Taka urocza niespodzianka. Tyle miłych słów od nieznajomych osób!

Gdy wybiła pora lunchu, udałam się do uniwersyteckiej stołówki i byłam w szoku jakie specjały tam serwują. Od makaronu z serem, po pieczonego łososia na wrapie z jagnięciną kończąc, a wszystko w bardzo przystępnych cenach, Pokusiłam się na makaron z serem, gdyż nigdy nie mogłam zrozumieć jego fenomenu - zrozumiałam po spróbowaniu. Był naprawdę smaczny.


Ten dzień dał mi dużo pozytywnej energii i dał mi ogromnego kopniaka do działania! Teraz tylko muszę zaczekać do 5 lipca - to właśnie wtedy dowiem się czy zostałam przyjęta.


O.

sobota, 11 czerwca 2016

Wcale nie trzeba wiele.

Zastanawialiście się kiedyś ile godzin w miesiącu w Polsce trzeba przepracować, aby będąc studentem móc samodzielnie się utrzymać? Zapewne wiele, a i tak czasem może nie starczać..

Kilka dni temu, w poście pisałam jak wyglądała moja pierwsza rozmowa o pracę na Wyspach. Nikt z niej się do mnie jednak nie odezwał, ale nie szkodzi. Wczoraj podpisałam umowę na czas nieokreślony i od poniedziałku rozpoczynam swoją pierwszą pracę w Anglii. Będę porankami sprzątała restaurację w galerii handlowej. Nie jest to mój wymarzony zawód, ale od czegoś trzeba zacząć. Żadna praca nie hańbi. Godziny są świetne, bo rozpoczynam o 7.30 a kończę o 9.30. To jest zaledwie sto dwadzieścia minut, więc zawsze mogę podjąć się jeszcze innej pracy w popołudniowych godzinach. Ale to, co w tym wszystkim jest najważniejsze to to, że posiadając tylko i wyłącznie tę posadę, jestem w stanie się spokojnie utrzymać, a nawet zostaje mi jeszcze na moje sprawy i wydatki. Byłam w szoku jak sobie to policzyłam. Okej, najpierw przyjeżdżając tutaj trzeba mieć trochę pieniędzy, ale spokojnie. Zwracają się w niedługim czasie po podjęciu zatrudnienia tutaj. Nie mogę w to uwierzyć. Tu życie i utrzymanie się dla studenta będącego poza granicami Ojczyzny nie stanowi żadnego problemu. Jest ogromna ilość ofert. Każdego dnia dodawane są nowe, a wystarczy wykazać się odrobiną chęci, aby odnaleźć taką, aby nam pasowała. Zacząć żyć w lepszej rzeczywistości.

Jeśli rozważacie przyjazd tutaj, ale obawiacie się, że nie znajdziecie pracy, nie poradzicie sobie z językiem - nie martwcie się o to. Tutaj nawet osoby z podstawowym zakresem angielskiego nie zostają na lodzie. Więc dlaczego by nie zaryzykować? 

O.



wtorek, 7 czerwca 2016

Przeprowadzka.

Pracowity weekend. Nie powiem, że nie. Nasz maraton przeprowadzkowy rozpoczął się już w piątek, kiedy to trzeba było spakować wszystko w kartony. O ile dla mnie to nie był żaden problem, bo nawet się nie rozpakowywałam - nie było sensu tego robić na dwa tygodnie - o tyle mój luby musiał poprzeglądać wiele rzeczy, które nagromadził przez te trzy lata, które tam mieszkał.

W sobotę rano skończyliśmy pakować kartony. Okazało się, że niestety droga, którą mieliśmy dojeżdżać autobusem do nowego miejsca została zamknięta na jeden dzień. Akurat TEN dzień. Z pomocą przybył nam przyjaciel wraz ze swoimi pociechami. Mali pomocnicy byli niezwykle zafascynowani tym, że można po prostu... spakować wszystko w kartony i zamieszkać gdzieś indziej. Dzięki temu przewiezienie (oczywiście inną drogą) wszystkiego zajęło tylko dwa kursy autem. W ogólnym rozrachunku skończyło się na trzech godzinach. Niezły wynik.

Nie widziałam wcześniej miejsca, w którym mieliśmy zamieszkać. Chyba, że na zdjęciach, ale wiadomo jak to bywa. Gdy przeszłam przez drzwi wejściowe czekały na mnie oczywiście schody, wiele stopni na mojej drodze, ogromna ilość drzwi, długie korytarze. Cały budynek ma ciekawą konstrukcję, gdyż  na pierwszym piętrze znajduje się kuchnia razem z pokojem dziennym, dwa pokoje oraz łazienka. Drugie piętro złożone jest z trzech pokoi, łazienki i również kuchni z jadalnią. Ostatnie piętro, na którym jak na razie mieszkamy, zawiera cztery pokoje oraz dwie łazienki. Podział tego wszystkiego jest trochę dziwny i jest to dość skomplikowane. Nie będę zanudzać. 

Widok z okna jak z Alcatraz.
Nasz pokój jest dość duży, mimo skosów, które skutecznie ograniczają miejsce użytkowe. Jednak mamy tu wszystko, czego potrzebujemy, łącznie z przestrzenią. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam naszą łazienkę oraz kuchnie, wpadłam w histerię. Tak. Jestem osobą pedantyczną jeśli chodzi o te pomieszczenia. Dla mnie to była tragedia. Nie mieściło mi się w głowie jak ludzie mogą funkcjonować w TAKIM brudzie (to i tak za delikatne słowo). Kiedy po godzinie się ogarnęłam, moim pierwszym przystankiem był sklep z chemicznymi środkami czystości itp. Nie mogłabym nawet ruszyć tam szafek, co dopiero przygotować jedzenie. Nie zostało mi nic innego jak rękawice po pachy i do pracy rodacy. Ogarnięcie z zewnątrz szafek oraz naszych półek zajęło mi około trzech godzin. Chyba nigdy nie zapomnę widoku tego, co tam się działo.
Niedziele spędziłam na sprzątaniu łazienki, która wołała również o pomstę do nieba, i której również musiałam poświęcić mój czas. A dokładnie dwie godziny. Na celowniku, w poniedziałek znalazł się piekarnik, który jak się okazało po wyczyszczeniu ma przeźroczystą szybkę z przodu. Mankament, który psuje mi estetykę mojej pracy czytaj. mojego porządku to urządzenia do przygotowywania ryżu. Powinny być białe, a są tak oblepione tłuszczem i brudem, że są żółte z pomarańczowymi zaciekami. Trzeba koniecznie coś z tym zrobić.


Nie chcę wyjść tutaj na rasistkę, bo absolutnie nią nie jestem, ale osoby, z którymi mamy dzielone pomieszczenia to rodowici Chińczycy. Gdybym nie zobaczyła na własne oczy, nigdy nie powiedziałabym, że są tak okropnymi brudasami. Nie wiem jak oni w ogólne żyli w tym wszystkim przed moim gruntownym sprzątaniem. Dlatego dobra rada: zastanówcie się kilka razy zanim zamieszkacie z Chińczykami.


O.

sobota, 4 czerwca 2016

Rozmowa o pracę.

Dzieje się, oj dzieje. Tyle, że nie mam czasu złapać tchu. W miniony piątek rozmowa o pracę, w sobotę przeprowadzka. Istne urwanie głowy. Ale dziś, po kolei.

Jakiś czas temu aplikowałam do pracy w znanej brytyjskiej sieciówce z ubraniami. W ostatnią środę dostałam email, iż moje podanie do pracy zostało rozpatrzone oraz zostałam zaproszona na rozmowę. Pierwsza myśl - super trzeba się jak najlepiej przygotować. W instrukcjach dotyczących dojazdu itp. pojawiło się zagadnienie ubioru - nie ma być galowy - ma być taki, w którym dobrze się czuje. 

I tak o to wczoraj rano stawiłam się w sklepie w galerii handlowej. Ku memu zdziwieniu nie tylko ja, mianowicie 6 osób! Byłam w lekkim szoku, bo jakoś nie wyobrażałam sobie tego, jak to może wyglądać. Usiedliśmy w sklepie na pufach do przymiarki butów i czekaliśmy na managera galerii. Następnie udaliśmy się do małego pomieszczenia ze stołem i sześcioma krzesełkami. Zaczęło się od od tego, że osoba przesłuchująca przedstawiła się nam, powiedziała coś o sobie. Pierwszym etapem chyba na wszystkich rozmowach w UK jest pokazanie dowodu, że mogę legalnie podjąć pracę. W moim przypadku jest to paszport.

Najważniejsza część rozpoczęła się pytaniem o... o to jakim słodyczem bym była, gdybym miała taką możliwość i dlaczego. Nie wiem, może miało to sprawdzić naszą kreatywność, ale w ogólnym rozrachunku jak to się miało, tego się nie dowiem. Pytanie drugie byłoby bardziej sensowne, gdyby nie praca w parach. Musieliśmy opowiedzieć partnerowi o tym, dlaczego chcemy pracować dla tej firmy, a następnie przedstawić kooperanta grupie. To zadanie nie było dla mnie łatwe, bo moją parą do rozmów był rodowity, brytyjski nastolatek ze słynną kluchą w buzi. Rozumiałam go piąte przez dziesiąte. Cóż, tak bywa. Początki. Ostatnie zadanie polegało na tym, że razem z tymi samymi osobami musieliśmy wyjść na sklep i stworzyć strój dla "osiemnastoletniej dziewczyny, która wychodzi z przyjaciółmi w piątkowy wieczór". Ciekawe, ale znowu nie można było wykazać się jako indywidualista.

Dobrze mieć za sobą nowe doświadczenie, szczególnie wtedy, kiedy mogą zaowocować w pracę. Jeśli nie, trudno. Będzie zapewne następna szansa, a to co zyskałam to już moje.


O.

wtorek, 31 maja 2016

Papierologia.

Dzień rozpoczęłam wcześniej niż zwykle, gdyż i ja, i mój narzeczony mieliśmy poumawiane spotkania - ja w Job Centre, a On miał rozmowę o pracę. O ile do miejsca, gdzie udawałam się ja nie trzeba się ubrać "na galowo", o tyle na przesłuchanie w sprawie pracy już tak. Normalka.

Minęło osiem dni od telefonu w sprawie NIN'u. Pewnie spotkanie miałabym umówione na poniedziałek, gdyby nie to, że był dzień wolny od pracy z okazji tego, że no przecież mamy wiosnę, więc trzeba to uczcić ; ) Na umówioną wizytę nie poszłam sama - zawsze dobrze jest mieć kogoś pod ręką w razie gdyby urzędnik mówił na tyle niewyraźnie, że miałabym problem go zrozumieć. Na szczęście taka sytuacja nie miała miejsca. Mimo lekkiego mamrotania, nie miałam problemu, aby odszyfrować o co mnie pyta. Więc gdy usiadłam, biurokrata mi się przedstawił, powiedział, że mu miło i rozpoczął procedurę. Najbardziej podobała mi się weryfikacja mojego zdjęcia paszportowego, gdyż jak powszechnie wiadomo wyglądają one jak z kryminału. A ja grzecznie siedziałam, uśmiechając się, aż wreszcie po chwili, została mi zwrócona uwaga, abym się nie uśmiechała, bo on nie może porównać fotografii z rzeczywistością. Ciekawe podejście, bo poinformowałam, iż mam inne dokumenty, na których widać mój uśmiech, ale on wolał paszport. Mimo mego dokumentu w swojej ręce, rozpoczęła się seria podstawowych pytań: nazwisko, imiona, czy miałam kiedyś jakiekolwiek inne imię, narodowość, czy jestem mężatką, aktualny adres zamieszkania, numer telefonu, kiedy przyjechałam na stałe i czy pracuje. Po omówieniu tych kwestii, sprawdziłam formularz, mój dokument został skserowany, złożyłam dwa podpisy. Następnie dostałam dokument dot. tego, że mój NIN jest w trakcie wyrabiania i przyjdzie pocztą w ciągu czterech tygodni.

Szczerze to myślałam, że będzie to inaczej wyglądało. A to był zwykły, gotowy kwestionariusz do wypełnienia przez osobę do tego uprawnioną. Oczywiście to, co mnie pozytywnie zaskoczyło, to fakt, że wszyscy pracownicy byli bardzo sympatyczni, panowała tam zupełnie inna atmosfera, niż ta, która jest mi doskonale znana z Polski. Jak tak wygląda załatwianie papierkowych spraw tutaj, w Anglii to mogę to robić naprawdę codziennie.

Miałam dodać post w weekend, lecz nie miałam dostępu do internetu, gdyż udałam się w małą wyprawę do Cardiff. Piękne miasto. Szkoda, że widziałam je tylko od jednej strony. Mam nadzieję, że to nadrobię i zachwycę się jeszcze nie jednym walijskim widokiem.


O. 


wtorek, 24 maja 2016

Powitałam Anglię.

I oto jestem! Ponad dwie doby w nowym miejscu, w innym państwie. I jak? Cóż, żeby być szczera na pewno muszę podkreślić to, iż jak na razie czuję się jakbym była na wakacjach. Ale niedługo to powinno się zmienić.

Pierwsze, od czego zaczęłam były zakupy artykułów do higieny tj. żel pod prysznic, szampon - nie opłacało mi się kompletnie tego targać z Polski. I tak moje walizki były tak ciężkie, że po wyjściu z samolotu pewna starsza Pani zaproponowała, że moją torbę weźmiemy razem - ja za jedno ucho, ona za drugie. Gdyby nie jej pomoc, nie wiem czy dałabym sama sobie radę. 
Oczywiście będąc tu nie obejdzie się bez zakupu karty do telefonu. Bez tego ani rusz.
Następnie zabrałam się za aplikowanie po NIN, czyli numer przypisany każdej osobie, która chce pracować na terenie Anglii, stanowiący również formę ubezpieczenia. Bez niego legalnej pracy nie znajdę, więc jest to obowiązek dla każdego, kto chce podjąć pracę. Termin spotkania mam wyznaczony na wtorek, więc na pewno w kolejnym poście podzielę się z Wami moimi przeżyciami. Podczas wczorajszej krótkiej rozmowy z urzędnikiem, zostały mi zadane pytania tj.

  • Narodowość
  • Czy przebywam aktualnie w Anglii?
  • Dlaczego chcę pracować w Anglii?
  • Kiedy pierwszy raz przyjechałam na stałe?
  • Imię, drugie imię, nazwisko
  • Data urodzenia
  • Stan cywilny
Rozmowa zakończyła się podaniem numeru referencyjnego oraz oznajmieniem mi kiedy mam się stawić na rozmowę.

A tak z innej beczki to za każdym razem, kiedy przyjeżdżałam do Anglii miałam ogromny problem, żeby opanować stres i żeby cokolwiek powiedzieć. I wydaje mi się, że dzięki maturze ustnej z angielskiego się to zmieniło - była to najbardziej stresująca z matur jak dla mnie, ale nie było innej opcji - musiałam mówić. Byłam pozytywnie zaskoczona wynikiem 29/30 punktów. I to był moment przełomowy jeśli chodzi o porozumiewanie się w tym języku. Przez te ostatnie dni widzę jak dużo się zmieniło od mojego ostatniego pobytu. Jasne, że nie jest to idealne. Pogodziłam się z tym, że nigdy nie będzie perfekcyjne. Może za to stawać się co raz lepsze, ale tylko trening czyni mistrza. 


O.

sobota, 21 maja 2016

Żegnaj Polsko..

Do wylotu zostało kilkanaście godzin. Walizki spakowane, a raczej upchane. Paczka już dawno wysłana. Ostatnie dni spędziłam przede wszystkim z rodziną oraz przyjaciółmi. Również dopinałam resztę spraw na ostatni guzik. Dużo się działo, nie powiem, że nie. 

Na przykład ścięłam włosy. I to nie tak, że końcówki, a ubyło mi 40 cm! Była to bardzo spontaniczna decyzja, kiedy dowiedziałam się, że w moim mieście potrzebne są włosy na perukę dla chorej osoby. Mi one odrosną, a dla kogoś mogą stać się pomocą w walce - sama poprawa samopoczucia jest podczas leczenia ważna, aby mieć siłę do dalszej terapii. Jestem pewna, że w każdym mieście znajdzie się fryzjer, który to będzie udzielał się w takich akacjach. Dlatego już dziś zachęcam Was do tego, aby podarować komuś te kilka centymetrów!

Ogromnym wyzwaniem okazało się spakowanie walizki oraz torby podręcznej. Nie dość, że się nie domykała to jeszcze przekraczała limit wagowy! Po wysłaniu paczki, która ważyła 27 kg, nie myślałam, że będę jeszcze miała taki problem z bagażem do nadania. W ogóle to nie wiedziałam, że mam tak ogromną ilość ubrań. Gdy były w szafie wydawało mi się, że jest ich o wiele mniej. Ciekawa jestem gdzie ja je teraz pomieszczę?

Następnym aspektem było to, że jestem na co dzień bardzo zorganizowana. Każdy, kto mnie zna, może to zdecydowanie potwierdzić. A tu proszę! Niespodzianka przed przeprowadzką. Moim życiem zawładnął chaos. Do tego stopnia, że jeszcze dzisiaj byłam w sklepie, bo to coś z leków mi się przypomniało, czy nie zakupiłam podstawowej rzeczy - szczoteczki do zębów. Koszmar. Jestem przerażona, jak bardzo nieogarnięte były ostatnie dni. 

Ale to właśnie one były również przepełnione czasem spędzonym z najbliższymi mi osobami. Osobami, za którymi będę ogromnie tęsknić i odczuwać ich brak na każdym kroku. Jestem bardzo rodzinną osobą, więc jest mi ciężko wyobrazić sobie, jak to mój nowy rozdział życia będzie wyglądał, kiedy będziemy od siebie oddaleni o tysiące kilometrów. Niby tylko dwie i pół godziny drogi samolotem, ale wiadomo, że w praktyce to nie wygląda tak kolorowo. Oczywiście nie zapominam o przyjaciołach, z którymi spędziłam genialne godziny, dni, miesiące i lata. Mam nadzieję, iż wiecie, że jesteście nie do zastąpienia. Nasze drogi na razie się rozchodzą, ale liczę na to, że jak najczęściej będą się ze sobą krzyżować. 

Żegnaj Polsko..



O.

wtorek, 17 maja 2016

Przygotowania pełną parą.

Do przeprowadzki pozostało już tylko 5 dni. Mam ręce pełne roboty! Nie miałam pojęcia jak wiele spraw trzeba załatwić i ile rzeczy ogarnąć. Szczególnie gdy urzędniczki nie ułatwiają zadania i o wszystko trzeba walczyć.. Ostatnie chwile, aby dopiąć wszystko w szkole, w szczególności słynne obiegówki. No i oczywiście gruntowne sprzątanie, odkładanie rzeczy na 2 kupki - zostawiam, zabieram. Nie jest to tak proste jak myślałam. Dużo rzeczy ląduje w koszu na śmieci. Na przykład niemożliwa ilość zachomikowanych zeszytów nawet z podstawówki (!), bo przecież wszystko się może kiedyś przydać. Już teraz mają tylko wartość sentymentalną.

Trudno jest spakować wszystko, co chcę w bagaż o limicie wagowym 25 kg. Na szczęście jest możliwość zrobienia i wysłania paczek, co bardzo ułatwia sprawę. Teraz już tylko albo aż muszę wszystko logistycznie popakować, tak abym się w tym nie pogubiła.

Nie mogę zaakceptować tego, że książki zostają. Codziennie, gdy się budzę widzę je, stanowią nieodłączony element mojego życia. Tymczasem musiałam wybrać kilka lektur, które będą mi towarzyszyć w czasie najdłuższych wakacji. Mam nadzieję, że zdążę poznać bohaterów i przenieść się do całkiem innych światów. Nie wiem czy będę w stanie przerzucić się na czytanie w języku angielskim. Myślę, że trochę wody upłynie, zanim to nastąpi. Jedno muszę przyznać. Wiem, że nie ocenia się książki po okładce, ale jestem wzrokowcem, więc ma to jakiś wpływ na mnie. Czytadła, oczywiście nie wszystkie, nie mają aż tak atrakcyjnych okładek, jak te polskie. Może kiedyś ja zajmę się tym, aby emanowały pięknem? Cóż, nie zniechęci mnie to pewnie do tego, aby przesiadywać w księgarni i polować na nowości i ciekawe tytuły.



Zbierałam bestsellery z ostatnich kilku miesięcy ale i te starsze pozycje. Nie miałam czasu ich czytać, więc teraz wpakowałam je do kartonu, który za jakiś czas powitam w moim nowym miejscu zamieszkania.  



O.

czwartek, 12 maja 2016

Koniec stanowi początek czegoś innego.

Maturalny maraton dla mnie dobiegł końca. Tak jak obiecałam - wracam!

Na wstępie o maturze słów kilka. Na pewno pierwsza myśl, jaka mi przychodzi do głowy to, to że nie było wcale tak strasznie, jak jest to często przedstawiane uczniom. Jasne, że stres był. Czasem większy, innym razem mniejszy. Jednak wydaje mi się to całkiem naturalne. Po prostu trzeba było go "oswoić" i nie pozwolić, aby przejął kontrolę nad myślami oraz słowami. Jak poszło? Cóż, z ustnych jestem bardzo zadowolona, a co do pisemnych to okaże się dopiero 5 lipca.

I co teraz? Teraz czekają mnie podobno najdłuższe wakacje w życiu. Przede wszystkim spodziewam się pracowitych 10 dni, gdyż właśnie za tyle opuszczam kraj. Przeprowadzam się do Wielkiej Brytanii. Przez te ostatnie dni w Polsce mam do zrobienia multum rzeczy związanych z przeprowadzką. Nie mogę w to uwierzyć, że to się dzieje! Tyle czasu o tym myślałam i stawiałam to sobie jako następny cel. A tu proszę. Zleciało niesamowicie szybko. Chociaż z drugiej strony jak pomyślę sobie jak dużo się nauczyłam przez ostatnie trzy lata w liceum, jak wiele wyrzeczeń i pracy mnie to kosztowało, nie wydaje się, że tak sprawnie to minęło. 

Mimo wszystko, nie czuję praktycznie wcale jeszcze tego, co się sfinalizowało. Nadal przebywam gdzieś pomiędzy nauką a maturami. Wciąż trzyma mnie stres i nie potrafię uwierzyć, że to już koniec obowiązkowej edukacji. Koniec wielu rzeczy. Ale także początek nowej przygody. Samodzielnego życia i wyznaczania sobie nowych celów!



O.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Krótka przerwa.

Jako że mamy dzisiaj dzień 17 kwietnia, pierwsza matura za 17 dni, muszę z wielkim bólem poinformować, że moim życiem zawładnęły bezkręgowce, hormony, enzymy a także motywy literackie, liczby oraz angielskie zwroty. W związku z tym powiadamiam Was, że zawieszam bloga na dokładnie 25 dni. Tak, właśnie wtedy kończę moje egzaminy i wracam ze zdwojoną tygodniową porcją postów.

Wszystkim tegorocznym Maturzystom życzę owocnych przygotowań i fantastycznie zdanej matury!




O.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Poszukiwania.

Do mojego wyjazdu został nieco ponad miesiąc. Rychło w czas, aby zabrać się za poszukiwanie mieszkania. Mimo licznych ofert nie jest to jednak takie proste, jak mogłoby się wydawać. Wręcz zdziwiłam się, że idzie to w takim tempie. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości, uda się znaleźć swoje własne, pierwsze gniazdko.
Niedługo nadejdzie okres, kiedy wielu licealistów będzie prowadziło swoje poszukiwania. A o to kilka wskazówek.

Mieszkanie najlepiej znaleźć przez serwisy internetowe. Oszczędzamy czas i nie musimy specjalnie wybierać się do biura. Tym bardziej jeśli aktualnie mieszkamy w innej części Polski i po prostu nie mamy takiej możliwości. Codziennie są tam dodawane nowe oferty, więc musicie być przygotowani, że zakładka z daną stroną zostanie chwilowo Waszą ulubioną. Po co tak często to sprawdzać? Dlatego, że najlepsze lokale rozchodzą się z niesamowitą prędkością. Aż sama byłam w szoku, jak w ciągu trzech godzin od wstawienia ogłoszenie zostało zdjęte. Nie ma czasu na zastanawianie się - to trzeba zrobić wcześniej.
Najważniejszą kwestią jest ustalenie miejsca. Nie chodzi mi tu o miejscowość, ale o konkretną okolicę. Czy jest w centrum, czy jednak na obrzeżach? Blisko uczelni, miejsca pracy? Jest to dość istotne, bo o ile wybierzecie świetne i tanie mieszkanie na przedmieściach to nie zaoszczędzicie, gdyż będzie trzeba wydać sporo na dojazdy. Na pewno wskazane jest wykalkulowanie wszystkiego.
Następną sprawą jest to, czy mieszkać samemu, z partnerem lub dzielić mieszkanie ze znajomymi, innymi studentami. Patrząc ze strony kosztów, to logiczne jest to, że bardziej opłaca się wersja - czym więcej osób, tym mniejszy czynsz. Ale musimy zwrócić również uwagę na to, kogo bierzemy sobie za współlokatora. Jeśli chcemy coś wynająć z przyjaciółmi staje się to łatwiejsze - do pierwszej kłótni o łazienkę czy o sprzątanie. Obowiązkiem jest jasno razem ustalić zasady, bo niestety może się to skończyć źle.

Mam nadzieję, że moje rady chociaż w małym stopniu się przydadzą. Życzę Wam powodzenia w znalezieniu swojego pierwszego, własnego gniazdka : )


O.





sobota, 2 kwietnia 2016

Jak żyć?

Święta, święta i po świętach. Trzeba wracać do szarej codzienności, która na pewno, na miesiąc przed maturą będzie przepełniona ogromną ilością powtórek. Jednak życia i zwykłego funkcjonowania nie ułatwia fakt, że w ostatni weekend przestawialiśmy zegarki oraz to, że panuje przesilenie wiosenne. Niestety nie potrafię sobie z nim poradzić. Nie mogę zasnąć, budzę się po czwartej nad ranem, od kiedy wstanę czuję ból głowy i nie mogę przez to zebrać myśli a co dopiero wziąć się do nauki. Nie mam pojęcia jak mogę sobie z tym poradzić. Jest to niezmiernie niekomfortowa sytuacja. Liczyłam, że w tym roku, przed ważnym egzaminem nie będę musiała się z tym zmagać. Nienawidzę tego okresu czasu..  Mimo że na dworze jest pięknie. Przyroda budzi się do życia, na drzewach pojawiają się pierwsze pąki a nawet kwiaty, nie daje rady się tym zachwycać. 

Jestem na tyle zdesperowana, że nie mogłam powstrzymać się przed tym, aby poradzić się wujka Google, jak mogę sobie w tym okresie czasu pomóc. I co ciekawego wyczytałam? 
NIC. Aktywność fizyczna, dieta bogata w witaminy, pięć posiłków dziennie - są to rzeczy, na które zawsze zwracam uwagę, a jednak nie pomagają w czasie przesilenia. Ograniczenie stresu - tu kwestia jest bardzo ciekawa. Za trzy tygodnie wystawienie ocen, w szkole wieczna nagonka, więc jak tu być spokojnym? Jak odpocząć, kiedy ledwo się ze wszystkim zdąża? Przydałby się cały tydzień wolnego, aby się zregenerować, złapać swój 'wiosenny' rytm. 

Nie tylko ja się z tym zmagam. Gdy rozmawiam z przyjaciółmi czy ze znajomymi, większość mówi mi to samo - czują się kiepsko. Niektórzy zwalają to na stress związany z klasą maturalną, inni kompletnie nie wiedzą, co się z nimi dzieje.

I jak można sobie pomóc? Co zrobić, żeby przetrwać? Jak żyć?


O.

czwartek, 24 marca 2016

Kim zostać?

Uwielbiam wszystko, co jest związane z tworzeniem różnych rzeczy. Obojętnie czy są to rysunki, wyszydełkowane obrazy, czy kartki świąteczne. Jest to niezwykle ważny aspekt mojego życia, dzięki któremu mogę się odprężyć, zebrać myśli. Lubię to robić. Mogłabym zajmować się tym profesjonalnie. Jak na razie wybieram się na kierunek, gdzie moje umiejętności na pewno się przydadzą. Chociaż nie ukrywam, że studiowanie kierunków stricte związanych ze sztuką lub literaturą mnie interesuje, jednak gorzej to wygląda, gdy przychodzi co do czego i trzeba zacząć pracować, a jak wiadomo ciężko jest znaleźć coś związanego z artystycznym kierunkiem. 

Długo to trwało zanim ostatecznie zdecydowałam się, czemu w przyszłości chcę się poświecić. Szkoła niestety nie jest instytucją, która pomaga podjąć takie decyzje. Nawet po jakiś śmiesznych, grupowych zajęciach z doradztwa zawodowego nie potrafiłam jednoznacznie stwierdzić, kim chcę zostać w przyszłości. Jednakże na wszystko przychodzi w końcu czas. Trafiłam na swojej drodze na osobę, nauczyciela z resztą, który nie skupił się na moich planach, a chciał ze mną porozmawiać, urozmaicał zajęcia przeróżnymi zadaniami, a sam zapisywał obserwacje. Po jakimś czasie dostałam pierwszy zawód, o którym miałam poczytać i odnieść się do niego. Niestety to nie było to, aczkolwiek zostało przedyskutowane i uargumentowane dlaczego nie. Po dwóch miesiącach spotkać dwa razy w tygodniu dostałam jasne wskazówki, które miałam przemyśleć. Jako że był to również czas składania podań na studia do Anglii, musiałam w końcu stawić czoła mojemu niezdecydowaniu w tej kwestii.


Architektura wnętrz - to kierunek, który jak na razie wybrałam. Aplikowałam na studia z rokiem zerowym, dzięki któremu będę mogła oswoić się z językiem oraz przygotować się do dalszej edukacji. W związku z tym, że nie mam przygotowanego portfolio, nie mogłam obejść się bez właśnie takiego wyjścia. Nie traktuję tego jako zmarnowanego roku, wręcz przeciwnie. Będę miała wystarczającą ilość czasu, aby oszlifować język i zaaklimatyzować się. W tym miejscu chciałabym zaznaczyć również, że w Polsce po zakończeniu klasy biologiczno-chemicznej nie mam możliwości nawet starać się o przyjęcie na jakąkolwiek politechnikę - są one na mnie zamknięte. Anglia daje mi możliwość rozwoju pójścia tą drogą. Nie ogranicza. Tam nie liczy się to, co się zdaje na maturze - tam liczy się to jakim jest się człowiekiem, co się osiągnęło i jak przedmioty rozszerzone wpłynęły na własnie taki wybór.




O.

piątek, 18 marca 2016

Wszystko się może zdarzyć.

Piszę dopiero dzisiaj, gdyż we wtorek bardzo późno wróciłam do domu, a poza tym musiałam ochłonąć po ogromnej niespodziance. Ale zacznę od początku.

Jakiś czas temu razem z dwoma dziewczynami ze szkoły brałyśmy udział w Olimpiadzie Kreatywności. Nie jest to konkurs uznawany przez uczelnie tak bardzo jak olimpiady przedmiotowe. Mimo to chciałyśmy wziąć udział. Przechodząc do eliminacji okręgowych dowiedziałyśmy się, że laureaci będą reprezentować Polskę na etapie międzynarodowym w Toronto w Kanadzie. To brzmiało naprawdę niesamowicie. Wszystko potoczyło się na naszą korzyść i udało nam się zakwalifikować do eliminacji III stopnia – centralnych. Była to ogromna niespodzianka, bo jednak tytuł finalisty nie chodzi piechotą. Na co dzień żadna z Nas nie ma za dużo czasu, aby oddawać się swoim pasjom, a jednak mogłyśmy wykazać się artystycznie właśnie w tym konkursie. Tam liczy się przede wszystkim pomysł i kreatywne podejście do trzech zadań.

Jadąc we wtorkowy poranek nie byłyśmy nastawione na nic wielkiego. Dla Naszej drużyny liczyło się przeżycie ciekawej przygody. Po przyjeździe do Poznania, wylosowałyśmy stół numer 4. Wraz z nami na ogromnej sali było pięćdziesiąt zespołów z całej Polski. Najpierw czekały Nas wykłady, które miały naprowadzić uczestników na odpowiednie tory. Później przeszliśmy do rywalizacji.

Dziewięćdziesiąt minut. Trzy zadania. Trzy dziewiętnastolatki. Miałyśmy ręce pełne roboty. Jednakże każda na kartkach zostawiła cząstkę siebie, swojej wrażliwości i przede wszystkim kreatywności. Byłyśmy zadowolone z Naszych dzieł. Jeśli chodzi o wykonanie postawiłyśmy na prostotę tj. ołówki, długopisy, kredki. Bycie kreatywnym nie polega na używaniu jak najbardziej wymyślnych materiałów. Liczy się pomysł.

Do gali i ogłoszenia wyników miałyśmy naprawdę sporo czas. Te pięć godzin postanowiłyśmy spędzić na zwiedzaniu Poznania. Knajpek, kawiarni a także Starego Browaru. Nie mogłyśmy się doczekać, nie ukrywam, że cały czas chodziło mi to po głowie.


Gdy wybiła godzina osiemnasta, siedziałyśmy już z niecierpliwością w sali i czekałyśmy na ostateczne wyniki. Najpierw tytuły finalisty z wyróżnieniem, następnie przyszła kolej na laureatów i.. usłyszałyśmy numer 4 – czyli Nasz stół. Nie mogłyśmy w to uwierzyć, a pierwszą myślą było to, że jedziemy do TORONTO! W najśmielszych snach nie przepuściłabym, że zostaniemy dostrzeżone na tle wszystkich uczestników. Jasne, myślałam, że jakby było super dostać okazję reprezentowania Polski i zwiedzenia odległego kontynentu. Jednak nie mogłam w to uwierzyć, odbierając zaświadczenie laureata ogólnopolskiego i finalisty międzynarodowego, że to się dzieje naprawdę! 


Jeszcze kilka dni wcześniej rozmawiałam w szkole, że nie mamy żadnych szans. Chyba powinnam bardziej uwierzyć w siebie. Myślę, że dla naszej wymarzonej drużyny była to ogromna niespodzianka. Pewnie nawet nie byłyśmy świadome tego, jakie artystyczne a zarazem kreatywne dusze posiadamy. 
Teraz tylko pozostaje Nam czekać na wrześniowy wyjazd.


O.

czwartek, 10 marca 2016

Skarbnica.

Przepraszam bardzo za mój mały poślizg z wstawieniem posta. Ostatnio tyle się dzieje, że nawet nie nadążam za dniami tygodnia. O przeczytaniu jakiejkolwiek ciekawej książki w ogóle nie ma mowy – chyba, że jest to podręcznik od biologii.

W ramach oderwania myśli i powrotu do przeszłości, postanowiłam, że w każdy szósty dzień tygodnia zabiorę się za sprzątniecie miejsc, do których dawno nie zaglądałam. W ostatnią sobotę za cel obrałam pojemnik pod łóżkiem. Od jakiegoś czasu intrygowało mnie bardzo, co tam się znajduje, gdyż nie pamiętam, kiedy tam zaglądałam. O się okazało? Trafiłam na masę zeszytów, których czas użyteczności był trzy, cztery a nawet dwanaście lat temu. Zbierałam je od 1 klasy podstawówki – po co? Dobre pytanie. No przecież zawsze mogą się przydać. Cóż, jednak tak się nie stało, a zajmowały sporo miejsca. Nie zmarnowały się, zostały oddane na makulaturę. Jedyne, co zostawiłam to dwa cieniutkie zeszyciki z pierwszej klasy - na pamiątkę. Schowałam je do mojej magicznej Skrzyni, w której składam rzeczy, z którymi byłam czy jestem związana. 

Myślę, że taki kufer za kilka lat będzie niesamowitą skarbnicą mojego życia, tego co było i jest ważne dla mnie, tego co działo się w moim życiu. Jak na razie go nie przeglądam - dokładam kolejne rzeczy. I co takiego w nim jest? Na pewno dzienniki z poprzednich lat. Pamiętniki z czasów, kiedy dopiero nauczyłam się pisać. Wycinki z gazet, a nawet całą brytyjską gazetę z dnia urodzin księżniczki Charlotte. Jednakże to, co wydaje mi się tam najcenniejsze to niewielkie różowe pudełeczko, które dostałam od Mamy na osiemnaste urodziny. A w nim wszystkie zdjęcia USG z czasów, kiedy Mama była ze mną w ciąży, karta ze szpitala, opaska imienna na rękę, a także pierwszy smoczek czy mleczne zęby, które miały być w posiadaniu wróżki Zębuszki. 

To już jest dla mnie niesamowite uczucie, wiedzieć, że tam zostawiam cząstkę siebie z poszczególnych okresów mojego życia. Może i jestem zbyt sentymentalna, ale aktualnie nie wyobrażam sobie tego, żeby nie zbierać z pozoru błahych przedmiotów, na które, kiedyś (teraz w sumie też) pewnie będę patrzyła z ogromnym zachwytem, że je zachowałam.

O.

wtorek, 1 marca 2016

Zwolnij i doceń.


Marzec. Do matury zostały praktycznie dwa miesiąc. Jakoś jak na razie nie przejmuję się tym, że Mickiewicz nie jest do końca opanowany, a hormony roślin nie są utrwalone.

Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że pod koniec maja będę musiała rozstać się ze swoimi przyjaciółmi - już nigdy nie będziemy w takim gronie, jakim jesteśmy teraz. Jasne, mam nadzieję, że będziemy się spotykać, ale to już będzie coś innego. Rozjedziemy się po całej Polsce, ale i po świecie. Jakoś mi w związku z tym przykro. Spędziłam z niektórymi nie tylko licealne lata, ale i te gimnazjalne. Wiem, iż na swojej drodze  poznamy wiele nowych osób, ale czy nie zapomnimy o tych "starych" przyjaciołach?

Zamiast zająć się intensywnymi przygotowaniami do egzaminów, planujemy wspólne wyjazdy. Wiem, że nie jest to teraz najważniejsze, ale jednak gdzieś we mnie to siedzi, że po maturach nie wiadomo, kiedy zobaczymy się w "Naszym" gronie. Jeden dzień bez szkoły nas nie zbawi, a może zapewnić niezapomniane, wspólnie spędzone przeżycia. Więc czy warto w natłoku pracy zwolnić i poświęcić czas sobie i bratnim duszom? Oczywiście, że warto! Bo mało kto będzie tak ważny, jak Nasi zdziadziali Towarzysze! 


O.

wtorek, 23 lutego 2016

Zmora XXI wieku.


W natłoku ostatnich obowiązków, niestety nie za bardzo ogarniam, co się wokół mnie dzieje. Uczę się, próbuję zrelaksować i czekam na najbliższe wolne dni. 

O czym dzisiaj? Cóż ostatnio wiele przemyśleń nie pałęta się w mojej głowie, ponieważ najzwyklej w świecie nie mam na nie czasu. Fakt jakieś wolne myśli są gdzieś, lecz niestety puszczam je jak na razie mimochodem. Nie chcę rozważać i się na nich skupiać. Jak na razie, na pierwszym miejscu stawiam maturę i ciągłe przygotowania do niej. 


Dzisiaj krótko i na temat, a mianowicie nie rozumiem jaka ogromna obsesja panuje wśród ludzi. Jaka obsesja? Na punkcie telefonów. Osobiście komórki używam do kontaktu. Nie mogę pogodzić się z tym, kiedy widzę w szkole osoby, które zamiast rozmawiać ze sobą, korzystać z okazji, że siedzą obok siebie, trzymają telefony i nie wiadomo co na nich robią. A jeszcze bardziej irytuje mnie fakt, jeśli ktoś rozmawia ze mną, a właściwie udaje, że to robi, patrząc się na ekran.. Nie docierają do mnie tłumaczenia, iż tak właśnie wygląda XXI wiek i, że stało się to już częścią tego świata. Po prostu nie mogę tego zrozumieć, z jakich ogromnych przywilejów życia towarzyskiego rezygnuje się na rzecz telefonów.


Większość moich znajomych używa różnych aplikacji np. Instagram, Snapchat. Moim zdaniem są to tylko pożeracze czasu. Poza tym nie odczuwam potrzeby, aby informować cały świat o życiu pod postacią zdjęć. Są dla mnie pamiątki - okej, niektórymi oczywiście warto się podzielić, ale nie widzę sensu, aby wstawiać fotki mojego każdego posiłku. Ponadto jakoś nic nie wnosi to do mojego życia, a wręcz przeciwnie - zabiera czas. Wiem, że to tylko moment, ale mogłabym go poświęcić na coś bardziej wartościowego. Szkoda mi po prostu siedzieć na telefonie i odbierać sobie możliwość spędzenia wolnych chwil z moimi przyjaciółmi, szczególnie, że są to ostatnie miesiące, kiedy w takim gronie jesteśmy w jednym miejscu. Oczywiście nie neguję tego, jeśli ktoś lubi się w to bawić. Dla innych prowadzenie bloga będzie stratą czasu i ja to rozumiem. Jednakże pisanie uważam za bardziej kreatywne oraz budujące zajęcie, które może przerodzić się w pasję. 


O.

wtorek, 16 lutego 2016

Maturalne triki.

Matura zbliża się wielkimi krokami, zegar maturalny wskazuje 78 dni, w szkole już panuje popłoch, a ja w tym wszystkim próbuję nie wpaść w ten wir i zachować zimną krew.

Jak łączyć naukę z odpoczynkiem, przyjemne z pożytecznym? Oglądając filmy i czytając książki! Zapytacie mnie jak to? A no właśnie w związku z tym, że od 2015 roku matura ustna z polskiego się zmieniła. Na lepszy czy na gorsze, nie mnie oceniać. Trzeba po prostu to zaakceptować. Jak powszechnie wiadomo, nie mamy możliwości wybrać sobie tematu prezentacji maturalnej. Jedyne co nam pozostaje to zdać się na los i liczyć, że będzie dla nas łaskawy. Spisów tematów i motywów jest naprawdę nieskończony. Tak samo jak na części pisemnej. Jeśli jednak potrzebujecie - a na pewno potrzebujecie - relaksu i odpoczynku warto po obejrzeniu każdego filmu lub książki, zapisać sobie jakie motywy w nich występowały. I już mamy wiedzę uzupełnioną o choćby ten jeden aspekt. 

Sama mam przygotowaną listę filmów i książek, które koniecznie muszę przetrawić przed maturą. W związku z tym, że film zawsze obejrzy się szybciej, niż przeczytałoby się książkę jest wiele ekranizacji powstałych na podstawie lektur. Oto te najciekawsze i najistotniejsze pod względem motywów tytuły: 

  • "Złodziejka książek" - wojna, książki, dziecięce spojrzenie na świat;
  • "Ojcowie i córki" - relacje między ojcem, a córką, oblicza miłości;
  • "Dzika droga" - droga, pielgrzym, przemiana, podróż, wybór;
  • "W drodze" - droga, podróż, przyjaźń, miłość;
  • "Brooklyn" - podróż, poszukiwanie szczęścia, miłość, przeszłość, wybór;
  • "Carol" - oblicza miłości, zakazane uczucie;
  • "Oddychaj" - przyjaźń, dorastanie;
  • "Syn Szawła" - Holocaust, wojna, godność, Żydzi;
  • "Dwunastu gniewnych ludzi" - osądy, niewinność;
  • "Love, Rosie" - przyjaźń, miłość;
  • "Boyhood" - dorastanie, czas, przemijanie;
  • "Wiek Adaline" - czas, przemijanie, miłość;
  • "10 000 km" - oblicza miłości, rozłąka;

Oczywiście mogę się jedynie domyślić, jaki motyw w wyżej wymienionych dziełach jest przewodni, zapewne jest tam wiele pobocznych wątków, które również mogą okazać się istotne. 
Lista nie jest długa, ale na pewno każdy utwór zostawi piętno. Może niektóre nie będą łatwe, ale wyselekcjonowałam je specjalnie pod maturę, aby uzupełnić moje małe niedobory. 

O.

wtorek, 9 lutego 2016

Na odległość

Kiedy niecałe pięć lat temu przyszedł czas, aby rozpocząć związek na odległość, wszyscy dookoła wmawiali mi, że takie więzi nie mają racji bytu. Że prędzej czy później to się skończy. W związku z tym, że jestem niepoprawną romantyczką nie chciałam w to wierzyć i nie przyjmowałam takiego rozwiązania do wiadomości. Czas pokazał, iż mimo wielu przeciwności prawdziwa Miłość potrafi przetrwać każdą rozłąkę. 

Ale czy mam swój złoty środek na to jak pielęgnować związek na odległość? Pisząc szerze – jest to dobre pytanie. Gdyby ktoś mi kiedyś o tym powiedział, to zrezygnowałabym już na samym starcie. Lecz gdy pojawiła się prawdziwa Miłość nie miałam żadnych wątpliwości. Musiało się udać, bardzo mocno w to uwierzyłam. Nie mieliśmy długiego stażu związku przed wyjazdem – 5 miesięcy to niewiele. Jednak mieliśmy coś o wiele ważniejszego – przyjaźń, na której budowaliśmy wszystko to, co jest między Nami.

W dobie XXI wieku oczywiście łatwiej jest utrzymać taki związek, niżeli za czasów naszych rodziców. Główną rzeczą, która ułatwia kontakt jest oczywiście internet. Codzienne rozmowy są nieodłączną częścią mojego planu dnia. Może czasem to nie są nie wiadomo jak długie konwersacje, ale zawsze choćby te przysłowiowe 5 minut. Sympatycznym gestem są również listy wysyłane bez wcześniejszej zapowiedzi – sprawiają szczery uśmiech na twarzy odbiorcy. Po podróży mojej lub mojego lubego wyciągam ile się da z czasu, który możemy spędzić razem, w swoim własnym gronie. Fakt, że w ciągu roku tak naprawdę więcej się nie widzimy niż widzimy staje się powoli codziennością. Przejściowym fragmentem rzeczywistości. Trudno powiedzieć, że się do tego przyzwyczajamy, gdyż jednak tak nie jest. Zawsze jest to oczekiwanie, odliczanie do następnego spotkania. Byłabym zapomniała o przyjazdach-niespodziankach i całym planowaniu ich, aby przypadkiem nie wygadać się, gdy wszystko się sobie mówi, żeby wymyślić dobrą wymówkę dlaczego ''nie będzie mnie dzisiaj popołudniu'', podczas podróży. Nie da się tu jednak mówić o pozytywnych aspektach związku na odległość, ale nie można też twierdzić, iż jest to sytuacja nie do opanowania. Chcieć to móc. Jeśli to Miłość, zapisana Wam – przetrwa wszystko.


O.

wtorek, 2 lutego 2016

Za co pokochałam Anglię.

Właśnie wróciłam z mojej brytyjskiej wyprawy. Wszystkich czytelników chciałabym przeprosić za tydzień bez postów. Mam nadzieję, że nie mogliście się doczekać powrotu. Tymczasem chciałabym się z Wami podzielić powodami dzięki, którym Anglia skradła moje serce!


  • ceny adekwatne do zarobków – nie do końca mogę pojąć fakt, że ceny w Polsce są kosmiczne. Chwila.. a może to zarobki są śmiesznie niskie? Cóż, co by nie było w Naszym kraju jeszcze nikt nie rozwiązał tej kwestii. Inaczej sprawy mają się na Wyspach. Tam pracując na pół etatu i wynajmując mieszkanie we dwoje, jesteśmy w stanie zapewnić sobie dobry standard życia i nie przejmować się czy starczy od pierwszego do pierwszego;

  • sposób bycia – podczas mojej pierwszej podróży, ale i każdej następnej byłam niesamowicie zaskoczona otwartością i kulturalnością rodowitych mieszkańców. Cała sympatia, którą mnie obdarzyli oraz uśmiech każdego dnia – coś niesamowitego. Całkowicie inne podejście do życia. Wszystko na spokojnie, bezstresowo, kulturalnie. Przepis na idealne życie?

  • dostępność - kiedy wychodzę na zakupy do sklepu nigdy się nie martwię czy wszystko tam znajdę. Właśnie - wystarczy wyprawa w jedno miejsce i bezproblemowo zdobywam tam o każdej porze roku i dnia owoce i warzywa. Chodzi tu o to, że zimą w Polsce nie ma możliwości kupna świeżych malin, jeżyn czy borówek. Jako zagorzała fanka zdrowego trybu życia, lubię mieć dostęp do wszystkiego, na co mam tylko ochotę. Nie przeszkadza mi również to, że są importowane z innych państw. Ważne, że są po prostu dostępne.

  • różnorodność - ciężko mi o tym pisać w związku z tym, co się dzieje na świecie. Ale ważne jest to, aby wszystkich nie mierzyć jedną miarą. Nie każdy muzułmanin to terrorysta, a nie każdy Polak to złodziej. Wielokulturowość w Wielkiej Brytanii jest widoczna na każdym kroku. Mi osobiście to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Poznawanie odrębnych kultur, studiowanie ich zwyczajów jest naprawdę interesującą rzeczą. Jasne, czasem wydają się one dziwne. Często dlatego, że po prostu nigdy wcześniej się z nimi nie spotkaliśmy. Wzajemny szacunek i traktowanie wszystkich na równi jest na prawdę ważne w dzisiejszym świecie.

  • możliwości - nie da się ukryć, że Polska nie daje młodym ludziom dużych możliwości rozwoju. Jednak dokładnie studiując i dowiadując się, co oferują Wyspy Brytyjskie jestem pod ogromnym wrażeniem. Mimo że nie jestem obywatelem ich kraju, wyciągają do mnie pomocną dłoń i chcą zapewnić mi warunki do rozwoju moich umiejętności i talentów. Otwarcie, na międzynarodowych studentów, z którym ostatnio miałam możliwość się zetknąć naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyło i dało porządnego kopa, aby dalej dążyć do spełniania postawionych sobie celów.




    O.

niedziela, 24 stycznia 2016

Studia za granicą.

Ostatnio dzieje się naprawdę sporo i przez to moje posty nie są dodawane o zwykłych porach, tym bardziej, że trwają ferie, które staram się spędzać zdała od urządzeń elektronicznych.
No ale nie o tym dzisiaj chcę pisać. Pragnę poruszyć o wiele ważniejszy temat dotyczący studiów za granicą, a dokładnie w Anglii. Jako że tegoroczne aplikowanie mam już za sobą, z reszta z naprawdę pozytywnymi rezultatami, przybliżę Wam trochę ten, jak dotychczas mało rozpowszechniany temat w Polsce.

Czy wybieracie się na studia w kraju czy za granicą zawsze musicie liczyć się z kosztami. O ile wydają się one Wam w Polsce mniejsze, o tyle muszę przyznać, że wcale tak nie jest. W naszym kraju ceny wynajmu kawalerek są horrendalne. Ogólnie życie nie jest tanie a w porównaniu do zarobków, nawet gdybyście chcieli utrzymać się sami, pracując na pół etatu, w naszej ojczyźnie staje się to niemożliwe. Inaczej to wygląda jeśli spojrzymy na Wielką Brytanię. Zatrudniając się na połowę etatu, jesteśmy w stanie wynająć sobie np. pokój i spokojnie wyżyć ze swojej pensji. Fakt – studia są płatne lecz jeśli postaramy się o kredyt studencki to przez lata nauki nie musimy się martwić jego spłatą. Dopiero po otrzymaniu dyplomu i rozpoczęciu pracy zaczynamy go spłacać ( studia w Szkocji są bezpłatne). Właśnie koszty życia są najczęściej brane pod uwagę przy wyborze miejsca studiów, wiec warto rozważyć to, o czym wspomniałam.
Jeśli już podejmiecie tę ważną decyzję, że może warto by było złożyć aplikacje do Wielkiej Brytanii, musicie pamiętać, że w tej sytuacji absolutnie nie zostajecie sami. Waszym celem w takim wypadku jest skontaktowanie się ze Smart Prospects. Nie należy się bowiem bać prosić o pomoc ludzi, którzy wspomogli ogromną ilości osób przy złożeniu aplikacji i co najważniejsze – CAŁKOWICIE BEZPŁATNIE! Wsparcie, które uzyskujecie po skontaktowaniu się ze SP jest naprawdę nieocenione przy pisaniu Personal Statement (coś w rodzaju listu motywacyjnego) oraz przy całej zawiłej procedurze składania podania.

Nawet jeśli uważasz, że to nie dla Ciebie – pomyśl! Rozważ wady i zalety, spójrz z innej perspektywy, na przykład na możliwości rozwoju, poznanie innej kultury czy zawarcie międzynarodowych przyjaźni. Może to być przygoda Waszego życia. A jeśli masz pytania czy wątpliwości nie bój się pytać – to zbyt ważna decyzja, aby podjąć ją w ciemno. Ludzie, którzy pracują w Smart Pospects właśnie od tego są. Aby posłużyć radą, pomóc w wyborze kierunku oraz przeprowadzić Was w jak najsympatyczniejszy sposób przez zakamarki brytyjskiego naboru.
Linki, które na pewno się przydadzą:

O.

czwartek, 21 stycznia 2016

Niezbędnik podróżniczki.

Niestety Dżuma w wersji papierowej,
gdyż nigdzie nie ma e-booka.
Nie ważne czy wyjeżdżam latem czy zimą mam kilka przedmiotów, które towarzyszą mi zawsze i są dla mnie niezbędne w podróżach długich ale również tych krótkich. Za każdym razem w czasie wojaży można je u mnie znaleźć. Nie tylko umilają mi ją, ale również sprawiają, że wydaje się krótsza.

Ipod shuffle – nie jestem fanką noszenia dodatkowych wartościowych rzeczy w dosyć sporych rozmiarach, dlatego zdecydowałam się na mniejszą wersję. Wiele osób słucha muzyki, używając telefonu. Wychodzę z założenia, że nie chcę tracić baterii w urządzeniu, które służy przede wszystkim do komunikacji więc jakiś czas temu sprawiłam sobie to małe cudo. Jestem bardzo zadowolona z tego zakupu, ponieważ podczas każdej podróży mogę go ze sobą zabrać ze względu na jego małe rozmiary oraz przyczepić do szlufki i mieć zawsze pod ręką. A jak wiadomo muzyka potrafi przyspieszyć nawet najdłużej ciągnącą się trasę.

Żel antybakteryjny do mycia rąk – ze względu na to, że miewam pedantyczne zachowania, nawet za często, lubię nosić w torbie mały flakonik, dzięki któremu w każdej chwili mogę się odświeżyć. Przy częstych przystankach i braku mydła w toaletach jest jak znalazł. Sprawdza się również przed posiłkiem czy przy pozbyciu się uczucia 'brudnych rąk'.

Gumka do włosów – dzięki niej w każdej chwili mogę zmienić swój wygląd. Ale mam ją przy sobie przede wszystkim dlatego, że posiadam długie włosy, które niemiłosiernie się plączą w czasie wypraw. Nie mam pojęcia czym to jest spowodowane.

Kindle - jestem ogromną fanką książek w wersji papierowej, ale jeśli chodzi o podróże to zdecydowanie wolę wziąć jeden, cienki czytnik z tyloma tytułami ile chcę niż jedną grubą i ciężka lekturę. Ponadto w kindlu, mając kolekcje e-booków nie muszę martwić się tym, co będę czytać jeśli któreś opowiadanie mnie nie porwie. Po prostu zmieniam książkę. Czytnik, nawet w pokrowcu jest o tyle mały, że zmieści się wszędzie, nawet do niewielkiej kobiecej torebki.

Planner i dziennik - w związku z moją pedantyczna naturą, nie wyobrażam sobie nie mieć przy sobie plannera, w którym mam zapisane wszystkie istotne rzeczy, rozplanowane zajęcia czy ważne daty. Po prostu jest to coś, co zawsze jest moim towarzyszem nie tylko podróży, ale także dni codziennych. Dziennik z kolei jest zbiorem moich osobistych przemyśleń  oraz utrwalania przeżyć i towarzyszących temu emocji.

Cukierki - kiedy najdzie mnie chęć na coś słodkiego lub potrzebuje podnieść sobie trochę poziom glukozy, zawsze mogę to zrobić. Wystarczy sięgnąć do torebki, a przypływ ulubionego smaku od razu poprawia również mój nastrój. Nie mam ich zbyt dużo, gdyż zjadłabym wszystkie, które mam pod ręką. Jak dla mnie wystarczy kilka sztuk i świadomość, że bez problemu mogę po nie wyciągnąć dłoń.

Gazeta - gdy nie mam siły na czytanie książek i zagłębianie się w ich nie raz skomplikowaną fabułę, wyciągam gazetę o ulubionej tematyce. Krótkie artykuły czy porady, a nawet samo przewertowanie jej w poszukiwaniu interesujących tytułów, pochłania czas, który tak bardzo lubi się dłużyć podczas wojaży.


O.

sobota, 16 stycznia 2016

Noc Biologów

Noc? Nie mam pojęcia skąd wzięła się ta nazwa, jeśli wszystko odbywa się w dzień. No ale cóż, nie ważne. Najistotniejsza jest cała ta inicjatywa, która jest naprawdę świetna. Na terenie całej Polski uczelnie organizują wykłady i warsztaty dotyczące biologicznych zagadnień. Wczoraj miałam możliwość uczestnictwa w takim właśnie evencie.

Układ krwi ABO i Rh – był to temat moich pierwszych warsztatów, na których mogliśmy sami zbadać naszą grupę krwi wraz z Rh. Pierwsze 15 minut było wstępem w postaci krótkiej prezentacji, a następnie zabraliśmy się do testów. Dobieraliśmy się w pary, w rękawiczkach nakłuwaliśmy palec koleżanki i nanosiliśmy 3 krople na szklaną płytkę. Następnie dodawaliśmy syntetyczne przeciwciała, abyśmy mogli zaobserwować w których próbkach dojdzie do sklejenia się krwinek. Brzmi to skomplikowanie i nie ukrywam, że jeśli się w to nie zagłębialiście takie to właśnie jest, ale spróbuję Wam to wytłumaczyć. 




Aby stwierdzić grupę krwi, tak jak pisałam wyżej dodawaliśmy po jednej kropli:
1. przeciwciał anty A
2. przeciwciał anty B
3. przeciwciał anty D (wykrycie Rh)


W zależności od tego czy po dodaniu krwinki się ''zlepiły'' określało się grupę krwi. Rozważmy to na podstawie wyników, po chwili od zmieszania z odczynnikami.




W pierwszym przypadku po dodaniu 1 krwinki się zlepiły (antygen A złączył się z przeciwciałami anty A), co oznacza, że nie jest to gr. A, w drugim krew wygląda normalnie czyli możemy wywnioskować, że w osoczu są przeciwciała anty B, w trzeciej próbie jeśli dodaliśmy 3 i doszło do sklejenia, ozancza to że mamy Rh +.

Efekt CSI czyli każdy staje się ekspertembył to wykład poświęcony zagadnieniu jak bardzo seriale takie jak CSI, Kości czy W-11 wpływają na nasz światopogląd jeśli chodzi o postrzeganie zawodów detektywów czy policji. Dla mnie było to naprawdę ciekawe, kiedy ujrzałam kadry z seriali, a prawdziwe zdjęcia osób pracujących przy zbrodniach. Wniosek oczywiście był jeden – nie możemy mylić serialowej fikcji z tym jak wygląda to w życiu codziennym. Nie spodziewałam się, że jest aż tak ogromna różnica.

Dobieranie się ludzi w pary – Wykład nie był zbytnio adekwatny do tytułu, a mimo to prelekcja była naprawdę świetna! Doktor poruszał dużo ważnych tematów np. homoseksualizm, pedofilia i w końcu przeszedł do heteroseksualizmu i zapoznał nas z tajnikami doboru partnerów. Odpowiedział między innymi na pytania: „Dlaczego kobiety wybierają umięśnionych mężczyzn” Albo „Czemu ma służyć Rolex na męskiej ręce?” oraz „Na co patrzą mężczyźni wybierając partnerkę?”. Wszystkie odpowiedzi oczywiście były podparte naukowo, atmosfera była luźna i wszyscy dobrze się przy tym bawili.

Sowy i ich wypluwki – to były bardzo ciekawe, ale jakże intrygujące warsztaty. Wypluwki to nic innego jak zlepek niestrawionych części pokarmu wydalonych tak jak wymioty. Nasze zadanie polegało na tym, że dostaliśmy taki o to okaz, który musieliśmy rozdrobnić, a następnie poszukać w nim niestrawionych resztek. Następnie przenosiliśmy je pod mikroskop i obserwowaliśmy, co tam się skryło. Występowały tam najczęściej kości innych zwierząt, zęby a nawet pióra. Na pewno niezapomniane doświadczenie.


O.

wtorek, 12 stycznia 2016

Ferie? Jakie Ferie?!

Już za 3 dni pięć z szesnastu województw rozpocznie ferie zimowe. Czy upragnione? Cóż, osobiście wolałabym je mieć w ostatnim terminie, gdyż po dość długiej przerwie świątecznej nie zdążyłam się jeszcze ''zmęczyć'' codziennymi obowiązkami. W każdym bądź razie nie ukrywam, że kiedy by one nie wypadały, zawsze są wyczekiwane.

Jednak jest kilka aspektów, które nie dają mi spokoju. Mianowicie jest to sprawa tego, iż ma to być czas naszego wypoczynku. Nauczyciele jednak myślą, że te dwa tygodnie spędzimy nad książkami, ucząc się do sprawdzianów, które są w tygodniu po przerwie zimowej. Jest to chore i niesprawiedliwe. Ale życie nie jest sprawiedliwe i czym szybciej się z tym pogodzimy, tym mniej będą nas irytowały tego typu rzeczy. Nie są to nie wiadomo jakie problemy, są raczej błahe, a jednak potrafią zaleźć za skórę. Uważam, że cały ten czas powinniśmy spożytkować na odpoczynek, aby kolejne miesiące były jak najbardziej efektywne. A co z regulaminem? Błagam, liceum rządzi się całkowicie innymi prawami niż są zapisane.

Jest to beznadziejne, że w walizkę na wyjazd zimowy, muszę spakować podręczniki. Inaczej wygląda sprawa jeśli ktoś z własnej woli chce spożytkować ten czas na powtórki. Z nich nie zostaniemy po przerwie sprawdzeni. Ktoś może zapytać, dlaczego się dziwię, będąc w maturalnej klasie, że tak to wygląda? Na ostatnim roku czy nie, jesteśmy tylko ludźmi, ludźmi, którzy naprawdę harują i zasługują na te kilka dni porządnego odpoczynku.

Nie rozumiem faktu, że belfrzy po prostu nie współpracują. Jest to tak częste, że zaczęłam się do tego przyzwyczajać. Mam nadzieję, że na studiach się to zmieni. 


O.

środa, 6 stycznia 2016

Studniówkowy szał.

Nastał Styczeń, a co za tym idzie rozpoczął się sezon studniówek. Moja będzie miała miejsce w najbliższą sobotę. Ludzie zaczęli wpadać w panikę i szukać kreacji, zaklepywać fryzjerów i kosmetyczki. Przede wszystkim płeć piękna. Ale czy jest sens wdawać się w ten popłoch? Dla mnie to co się dzieje jest nienormalne.


Po pierwsze dziewczyny wydają ogromne kwoty na horrendalnie drogie sukienki. Tylko po co? Po to żeby założyć ją na 8 godzin i jeszcze maksymalnie na 2 wyjścia, które będą wymagały stroju wieczorowego, a jak wiadomo nie ma ich za dużo. Tym bardziej, że właśnie teraz sprzedawcy wykorzystują ten okres i ciężko jest znaleźć idealną dla siebie i odpowiednią na naszą kieszeń kreację. Ja swoją kupiłam już pół roku temu, bo zobaczyłam ją i stwierdziłam, że idealnie się nada. Mimo że musiałam poprosić krawcową o drobne poprawki, jej cena nie wyniosła więcej niż 80zł. 

Następną sprawą jest podwiązka. Kawałek czerwonej koronki, a biznes na niej można zrobić taki, że nawet nikt się nie spodziewa. Ceny w sieciówkach wahają się między 20 a 25zł - za coś co założy się tylko raz, na te kilka godzin. A tak właściwie to wyłącznie do kilku zdjęć, bo przecież nikt nie będzie zaglądał wcześniej nikomu pod sukienkę. 

Byłabym zapomniała o sklepach bieliźniarskich, które zasypują ofertami czerwonych, fikuśnych kompletów bielizny. Specjalnie na tę okazję. Szczególnie, gdy strony internetowe głoszą absurdalne przesądy, że musi być czerwona, bo to ona ma nam przynieść powodzenie na maturze - okej, a co w wypadku, gdy nasza sukienka jest biała? Absurd goni kolejny.

W internecie możemy znaleźć ogrom zababonów. Głupich i głupszych. A pewnie sprawdzalność ich zależy od tego, jak bardzo w nie uwierzymy. Fakt, że jest to jedyna taka noc dla maturzystów i powinna zostać niezapomniana, nie równa się temu, że jej koszty muszą być niewyobrażalne. Dla mnie najważniejsza jest świetna zabawa z przyjaciółmi, niezależnie od tego ile ktoś wydał na przygotowanie siebie do tego dnia.


O.