sobota, 28 listopada 2015

Masz możliwość? Poznawaj!

Podejrzewam, iż wiele z Was wie czym jest MUN, a jeśli nie, to koniecznie przeczytajcie dzisiejszy wpis. 
MUN czyli Model United Nations. Innymi słowy możliwość (zwykle na 3 dni), zamienienia się w dyplomatów ONZ z danego kraju. Delegacje zwykle liczą po 3 osoby, chociaż zdarzają się też 2-osobowe. Następnym ważnym elementem jest to, że między sobą dzielimy się na komitety: 
SISMUN 2015
  •  Human Rigths Committee (HR)
  •  Economic and Social Committe (ECOSOC)
  •  Political Committee (PC)

Na każdym MUNie występują inne główne tematy, na które się dyskutuje. 
Zgodnie z poglądami wybranego państwa, zaczynają powstawać koalicję, a następnie całą grupą układamy rezolucję. Zostanie ona (jak i inne) przedstawiona podczas ogólnego zebrania, w którym znów będą uczestniczyć wszyscy delegaci, głosując za tym, aby przeszła lub nie.
Oczywiście obrady prowadzone są w języku angielskim.

Całe przedsięwzięcie nie tylko pomaga rozwijać się językowow, ale zawarte przez te kilka dni znajomości, potrafią się przerodzić w ponadczasowe przyjaźnie. W dobie internetu, facebooka nie jest trudno utzrzymać takie kontakty, nawet te zagraniczne. 
Atmosfera tam panująca jest tak wciągająca, że kto raz uczestniczył w obradach – regularnie jeździ po Polsce i po świecie, aby brać w nich udział.

To niesamowite ile młodzi ludzie mają do przekazania oraz zaprezentowania. W końcy to 'My' jesteśmy przyszłością tego świata.

Jeśli zastanawiasz się nad tym czy wziąć udział – nie wahaj się! Nawet jeśli Twój angielski nie jest perfekcyjny, nie jest to powód, aby nie spróbować. Zawsze możesz wybrać bezkonfliktowy kraj, choćby po to, aby się osłuchać i nabrać większej pewności siebie!


O.

wtorek, 24 listopada 2015

Jak zmienić swoje życie zrzucając zbędne kilogramy.

Tytuł brzmi banalnie, nieprawdaż? Nie chodzi tu jednak tylko o utratę wagi, ale również o to, co możemy zrobić dla swojego organizmu.
Ponad rok temu, dokładnie 1 września podjęłam chyba jedną z bardziej wpływowych na moje życie decyzji. Po wakacjach, podczas których zdecydowanie przegięłam z ilością cukru i węglowodanów w mojej codziennej diecie, postanowiłam, że tak dalej być nie może. Stając na wagę również nie byłam zadowolona. I to nie były moje widzimisie – zawsze siebie akceptowałam i czułam się ze sobą dobrze, nawet posiadając te zbędne kilogramy. Jednak mój organizm dyktował mi zupełnie coś innego – moje wyniki badań nie były złe, ale od wielu lat zmagałam się z podwyższonym poziomem TSH (hormony tarczycy) – zapytacie, co to ma do sposobu odżywiania? Jak się okazało później, bardzo wiele.
Pierwszym widocznym przełomem było to, że chudłam 1,5kg tygodniowo. Co w ogólnym rozrachunku dało mi 10kg mniej, a co najważniejsze czuję się znacznie lepiej i jestem zadowolona, że traktuję lepiej swój organizm.

Dla Wszystkich, którzy chcieliby coś zmienić mam kilka przetestowanych rad:
  • Spożywam 5 posiłków dziennie, regularnie co ok. 3 godziny, przy czym ostatni nie później niż o 19.30; z tym, że w czasie zrzucania kilogramów mój układ wyglądał tak:
  1. Śniadanie: węglowodany/mięso/warzywa/owoce – do wyboru
  2. Drugie śniadanie: owoc
  3. Obiad: mięso + warzywa
  4. Podwieczorek: jogurt + owoce / sok warzywny
  5. Kolacja: mięso + warzywa
Ten schemat tyczy się stadium zrzucania wagi. Po uzyskaniu odpowiadającej mi masy, do obiadu i kolacji dodałam węglowodany. Nie spodziewałam się, że gdy je wprowadzę, będę dalej chudła – ale tak właśnie się stało. Mój efekt końcowy to 5kg + 5kg = 10kg!
  • Zamieniłam białe pieczywo na ciemne;
  • Ograniczyłam słodycze do minimum; 
  • Nie smażę – piekę lub gotuję;
  • Unikam tłustych potraw;
  • Warzywa i owoce zostały moimi przyjaciółmi;
  • Wypadły napoje gazowane;
  • Piję ok. 2 litrów wody;
  • Cukier biały zastępuję miodem, a przy wypiekach cukrem trzcinowym.
Po prostu zaczęłam dbać o to co jem, jak jem i skąd pochodzi to jedzenie.

Co do moich wcześniejszych wyników, pół roku po tym jak moja waga się ustabilizowała, zrobiłam badania. Po raz pierwszy moje TSH mieściło się w normie. Bez leków, bez lekarzy samo się unormowało (najprawdopodobniej przez odstawienie wyrobów z pszennej mąki).
No i co najważniejsze nie było miejsca na efekt jojo!

Wszelkie genialne i szybkie przepisy, z których korzystam do teraz oraz opisy diet znajdują się w książce Pani Magdaleny Makarowskiej. To dzięki Niej zmieniłam swoje życie – serdecznie polecam!


O.

sobota, 21 listopada 2015

Koc, spanie i...

Nie da się ukryć, iż jesień nie jest najsympatyczniejszą porą roku – wręcz przeciwnie dla mnie jest okresem czasu, który mógłby nie istnieć. Wieczny deszcz, plucha oraz konieczność przyzwyczajenia się do panujących warunków. Z dnia na dzień coraz wcześniej robi się ciemno, więc organizacja pracy po szkole skupia się na tym, że idę zrobić z założenia 26 minutową drzemkę, z której robi się często godzinna. Nie ukrywam, że organizacja w takie dni stanowi nie lada wyzwanie. Nawet weekendy wydają się być krótsze, wyrabiam się ze zrobieniem mniejszej ilości rzeczy. A może to ostatnia klasa tak działa? Może nie warto zrzucać wszystkiego na jedenasty miesiąc roku?


Dotkliwie doskwiera mi brak spokojnych, sobotnich przedpołudni, kiedy to będąc w mojej ulubionej piżamie, zawijałam się w koc ze słynnym kubkiem gorącej czekolady i dobrą książką. Liczę na to, że jako studentka będę miała więcej czasu dla siebie. 
Można pomyśleć, że jest to kwestia gospodarności, aby zrobić wszystko, co się chce. Okej – zgadzam się. Ale nie, będąc w klasie maturalnej, gdzie liczba zadań, prac klasowych i powtórek skłania do refleksji dotyczących tego, że doba powinna trwać czterdzieści osiem godzin – może wtedy zdążyłabym ze wszystkim. Najgorszą rzeczą okazuje się poczucie, gdy leży się już w łóżku, że czegoś się nie zrobiło, nie zawsze, bo się nie pamiętało, ale ze zwykłego braku czasu.

Końcówka roku zawsze wydaje mi się mało wydajnym okresem, kiedy to wszystko skłania się ku jednemu – spaniu. Jest to jedna z najważniejszych potrzeb fizjologicznych człowieka, więc nie wiem, czy walka z samym sobą jest trafionym pomysłem. Zostaje jeszcze kawa – o tak! Wynalazek, który uratował już na pewno nie jednego ucznia, studenta podczas sesji czy lekarza. Ale ile hektolitrów można w siebie wlać? Poza tym nie jest to najzdrowsze wyjście.

Cel na najbliższe dni? Znalezienie życiowej równowagi..
 


O.

środa, 18 listopada 2015

Prawo..?

Powszechnie wiadomo, że w Polsce mamy prawo do wolności słowa, które odnosi się również do jego poszanowania przez inne osoby. Jednak w praktyce prezentuje się to raczej średnio. Wiele razy wyrażając swoją opinię, spotkałam się brakiem szacunku w stosunku do prezentowanych poglądów na dany temat. W tym co głoszę, nie zmuszam nikogo do tego, aby się z tym zgodził i przytaknął, bo dyskusje są bardzo budujące. Jednakże chwilami mam dość tego, iż społeczeństwo z góry stwierdza, że jest to niedobre, złe i beznadziejne, chociaż nie poznają mojego punktu widzenia.
 
Dużym problemem jest również to, iż wiele osób nie potrafi czytać ze zrozumieniem, z czego bierze się wiele nieporozumień. Pozwólcie każdemu mieć swoje zdanie! Nie ważne jest to, że Wam się nie podoba, nie jest zgodne z Waszymi przekonaniami – jest to pogląd innego człowieka, więc powinniśmy go szanować. Tak jak wyżej pisałam, ożywiona rozmowa na dany temat jest bardziej wartościowa niż bezmyślna kłótnia pt. „Ty nie masz racji i Twoja racją jest gorsza niż moja”. 

Jeszcze gorsze jest to jak ludzie nagle stają się specjalistami od wszystkiego, chociaż nie mają pojęcia na dany temat. Zauważyłam również tendencję do tego, iż na przykład nieznajome mi osoby zaczynają mnie pouczać, bo przecież to one tyle wiedzą i uważają się za znawców danego tematu.
Nie ma nic złego w tym, że ktoś powie mi – nie podoba mi się Twój blog, bo... albo powinnaś skupić się na tym, a nie na tym. W porządku jeśli tak uważasz, to Twoje zdanie. Ale jak dla mnie najważniejsze jest uzasadnienie swoich poglądów. To właśnie z tego można wyciągnąć wnioski na przyszłość. 

Niestety to wszystko, co napisałam nie zmienia faktu, że ludzie w naszym kraju nie szanują się nawzajem. A to sprawia, że czasem jestem świadkiem, a innym razem ofiarą tego typu braku respektu do innego myślenia i światopoglądu.


O.

niedziela, 15 listopada 2015

Kreując przyszłość.

Zastanawiając się nad różnymi drogami mojego życia, w piątek udałam się do Warszawy. Czemu akurat tam? Gdyż British Council organizował w Centrum Nauki Kopernika „Targi Edukacyjne Brytyjskich Szkół i Uczelni”. Pomijając fakt, że do stolicy mam 6 godzin drogi, wsiadłam do pociągu i udałam się na tamtejsze wykłady. Cieszę się, że miałam możliwość uczestniczyć w nich, ponieważ dowiedziałam się praktycznie wszystkiego, czego chciałam.
Pierwszy wystąpienie, w którym uczestniczyłam dotyczyło egzaminu IELTS (uznawany na całym świecie test poziomujący z angielskiego). W niemal wszystkich brytyjskich uczelniach to właśnie on jest wymagany, aby potwierdzić nasze umiejętności językowe. Prezentację oraz mowę opracowała osoba pracująca właśnie w BC, zajmująca się przygotowywaniem do wyżej wymienionego egzaminu. Oprócz użytecznych ulotek i materiałów, które dostawaliśmy, prowadzący pokazywał jak rozwiązywać przykładowe zadania, na co zwrócić uwagę. Organizacja na piątkę z plusem!
Z kolei drugie spotkanie dotyczyło zagadnienia, jak dobrze napisać Personal Statement (swego rodzaju list motywacyjny, który dołącza się do podania na studia). No i tu spotkało mnie rozczarowanie, jednak nie wiem czy dlatego, że tych informacji byłam już świadoma, a może faktycznie nie było to zbyt trafnie przygotowane. 
Następnie udałam się do stoisk uniwersytetów, które przybyły właśnie z Wielkiej Brytanii. Można było porozmawiać tam z pracownikami poszczególnych uczelni oraz zebrać informację dotyczące kierunków, opłat itp. Zrobiłam jedną rundkę i udałam się w kierunku wyjścia, gdyż sam uniwersytet mam już wybrany. 
Był to na pewno dobrze spożytkowany dla mnie czas.


Nie pozostaje mi nic innego jak rozpocząć wielkie przygotowania do IELTS : )

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o IELTS zajrzyjcie na stronę: https://www.britishcouncil.pl/egzaminy/ielts


O.

wtorek, 10 listopada 2015

/ˌəʊˈpeəɼ/

Dwa lata temu podczas 28 godzinnej podróży powrotnej z Anglii, poznałam bardzo sympatyczną blondynkę, z którą od razu złapałam świetny kontakt. Po krótkiej rozmowie, okazało się, że wraca do swojej ojczyzny po rocznym pobycie w brytyjskiej wsi jako Aupair. Pewnie wielu z Was zapyta, co to takiego jest. Już tłumaczę.

Aupair to po prostu opiekunka do dzieci – ale nie tak zwyczajna, jak może się na pozór wydawać. Jest to osoba, która przez dany czasu, mieszka wraz z obcymi dla niej ludźmi i zajmuje się ich dziećmi. Rodzina goszcząca w zamian za dozór nad pociechami oraz drobnymi pracami domowymi, zapewnia nocleg, wyżywienie oraz kieszonkowe.
Brzmi nieźle? A to tylko niektóre z dobrodziejstw, jakie czekają na uczestnika programu. Oprócz poznania kultury i obyczajów panujących w kraju, do którego wyjeżdżamy, mamy niepowtarzalną możliwość oszlifować obcy język. A to nie wszystko. Często rodzina umożliwia uczestnictwo w kursach językowych. Może się również zdarzyć, iż host family będzie wyjeżdżała na wakacje, na które razem z nim wyjedziecie. 

Ten program to niesamowita okazja na rozwinięcie swoich skrzydeł. Językowo jak również społecznie. Zdając sobie z tego sprawę, sama rozważam uczestnictwo w nim. Ale jak zacząć?
Na pewno od wybrania agencji, z którą podpiszemy umowę oraz która będzie odpowiedzialna za znalezienie nam idealnej rodziny.
Dobrą formą pomocy okazało się zestawienie biur.



Po podjęciu decyzji, czeka na Was proces podpisywania umowy oraz poszukiwania tej jedynej i wyjątkowej host family.

Osobiście podjęłam wstępną decyzję dotyczącą wyboru agencji, lecz słowo się jeszcze nie rzekło. Nie jestem zdecydowana, aby jechać. Na pewno stanowi to dla mnie swego rodzaju plan B. A co z tego wyjdzie – dopiero się okaże.


O.

piątek, 6 listopada 2015

Czas. Los. Przeznaczenie.

Wraz z początkiem września w mojej głowie znajdowało się wiele koncepcji, przemyśleń i planów dotyczących nadchodzącego roku szkolnego. Od tego czasu przeminęły 2 miesiące. Nie mam pojęcia, kiedy to minęło. Widać, że czas płynie nieubłaganie, a My jesteśmy coraz starsi. Przede mną aż, albo tylko 35 tygodni, chyba najbardziej pracowite w moim dotychczasowym życiu.

Gdy z dumą, po pierwszej klasie wybierałam swoje przedmioty realizowane na poziomie rozszerzonym, nie myślałam, że moje życie zmieni się o 180º. Szczerze? Utknęłam w punkcie, w którym na nic nie jestem zdecydowana. Mam mnóstwo pomysłów na siebie, ale który jest najlepszy? Myślałam o tym, aby zaraz po maturze wyjechać jako Aupair. Podjęłam kroki zmierzające ku temu, jednak ze składaniem papierów muszę jeszcze trochę poczekać. Zastanawiam się również cały czas nad studiami w Wielkiej Brytanii. Zaczęłam zagłębiać się w skomplikowany świat brytyjskiego naboru na studia. Ale o tym później. Gap year również wydawał się fantastyczną opcją – właśnie ''wydawał się''. Nie najgorszym planem było również pozbieranie informacji o kursach językowych

Interesując się wieloma rzeczami otwiera się przede mną wiele furtek. Wydaje mi się jednak, że zbyt wiele, abym podjęła decyzję akurat teraz. Rozmyślam, stawiam cele, szukam, dyskutuję. Jednak nie planuję. Z planami już tak jest, że lubią się zmieniać. Samoistnie. Bez naszej wiedzy i zgody. W tym wszystkim trzeba być pewnym – nie tylko siebie, ale i swoich decyzji, a co za tym idzie brać za nie pełną odpowiedzialność i liczyć się z konsekwencjami.
Przez tyle lat dziwiłam się ludziom, którzy nie potrafili stwierdzić, po tylu latach nauki, co chcą robić. 
A teraz ja jestem właśnie w tym miejscu. Myślę, że nie jest to tylko mój problem. Obserwując moją klasę, z dnia na dzień, ludzie, którzy desperacko dążyli do spełnienia swych marzeń – poddawali się, odpuszczali, zauważali inne rozwiązania.


I pośród tych osób jestem właśnie ja. Co los przyniesie dowiem się w nadchodzących miesiącach... 

Nie oznacza to jednak, że nie mogę skierować przeznaczenia na odpowiednie tory.

O.